Najlepsze olejki aromaterapeutyczne - jakość - Klaudyna Hebda Blog

Najlepsze olejki aromaterapeutyczne: co to jest dobra jakość?

Kategorie:
Podziel się z innymi:

Dzień dobry,

Najlepsze olejki aromaterapeutyczne… Pierwszą wersję tego wpisu napisałam parę lat temu. Wtedy interesowałam się aromaterapią, przetestowałam setki olejków eterycznych i przy okazji pisania książki o kosmetykach naturalnych, kupowałam absolutnie wszystkie olejki z receptury.

Dobre olejki ściągałam z zagranicy, bo nie było u nas nawet przedstawicieli handlowych.

Kupowałam i takie za kilka złotych i takie od większych, międzynarodowych firm działających w systemie MLM (każdy dostaje swoją prowizję) typu Young Living i Do Terra. Przez moje ręce przeszło tyle olejków, że w pewnym momencie stwierdziłam: sama założę własną firmę, skoro i tak tracę fortunę! (Tak zrobiłam, ale o tym później).

Od tego czasu wiele się zmieniło zarówno w zakresie mojej wiedzy, jak i rynku w Polsce.

Po pierwsze olejki eteryczne stały się bardziej popularne, a co za tym idzie, przyszło mnóstwo dezinformacji.

Częściowo przez przedstawicieli wielkich firm, częściowo przez ludzi, którzy nie znają się na nowoczesnej aromaterapii.

Miałam tego dość i wyłożyłam wszystkie fundusze w szkolenia.

Zaczęłam studiować aromaterapię kliniczną w Wielkiej Brytanii, jeździć na międzynarodowe konferencje z ekspertami z dziedziny bezpieczeństwa olejków eterycznych (na przykład seminarium dotyczące bezpieczeństwa używania Robertem Tisserandem) oraz naukowe (na przykład Międzynarodową Konferencję Roślin Aromatycznych w Portugalii).

Z tych spotkań wywiozłam dużą wiedzę, co do tego jak to wygląda “od środka”, kontakty do różnych destylarni (na przykład namiar na świetną destylarnię destylującą górskie oregano).

Miałam mieć u siebie w sklepie olejek kadzidłowy? Bardzo dobrze, pojechałam do Omanu, żeby zobaczyć, jak wygląda prawdziwe kadzidło oraz żeby wiedzieć, czego dokładnie używa destylarnia, która destyluje olejki frankincense na moje specjalne zamówienie.

Jednym słowem postawiłam sobie za cel, żeby się dowiedzieć o olejkach jak najwięcej.

 

Ciągle się uczę i powiem Ci jedno.

 

Sprawa jakości, bezpieczeństwa i używania olejków eterycznych jest BARDZO skomplikowana.

Myślałam, że jest skomplikowana kiedy trzy lata temu pisałam pierwszą wersję wpisu i  byłam klientką.

Odkąd sama kontraktuję i sprzedaję, widzę, że jest jeszcze trudniej.

Jedna destylarnia ma na przykład oregano (tę samą roślinkę w teorii) w pięciu przedziałach cenowych.

Najtańsze, uprawiane konwencjonalnie, idzie do przemysłu spożywczego i paszowego, często jest standaryzowane.

Najdroższe jest zbierane ręcznie ze stoków górskich i trzeba je kontraktować z wyprzedzeniem, bo rząd Turcji pozwala na zbieranie takiej i takiej ilości rocznie, żeby nie przetrzebić roślin.

Potem ktoś do mnie przychodzi i pyta, dlaczego mój olejek z oregano kosztuje “X” kiedy firmy “Y” kosztuje mniej.

Nie wiem, dlaczego firmy “Y” kosztuje, ile kosztuje, bo to sprawa polityki i wyborów innej firmy, ale wiem, ile płacę za swoje rarytasy :).

W tym wpisie postaram się przedstawić Ci punkt widzenia aromaterapeuty, praktyka i osoby, która ma troszkę biznesowego ogarnięcia.

Od razu powiem, że nie jestem w stanie wyjaśnić wszystkiego.

Dlaczego?

Często przychodzicie, pytacie o bardzo zaawansowane kwestie (np. “Czy olejki eteryczne można spożywać?”. Prawidłowa odpowiedź: “To zależy od wielu czynników”.) i są to rzeczy, których ja uczyłam się przez kilka lat. Dlatego dobrze jest najpierw nauczyć się chodzić, a potem biegać :).

Dobrze, zaczynamy! 

Ważna sprawa.

Nie oczekujcie proszę ode mnie, że Wam powiem, jakie są olejki firmy X czy Y. 

Jedziemy!

 

Najlepsze olejki aromaterapeutyczne

 


Naturalne, czyli jakie?

 

Zacznijmy od tego, że teraz będziemy mówić o naturalnych olejkach eterycznych, nie o sztucznych olejkach zapachowych. Co jakiś czas dostaję maile, że komuś wannę zaplamił olejek różany w kolorze róży, “naturalny” olejek czekoladowy albo olejek pszczeli (o zapachu mleka i miodu). Obstawiam z niemal 100% prawdopodobieństwem, że były to po prostu sztuczne mieszanki zapachowe. Przynajmniej ja nigdy nie spotkałam różowego olejku różanego (i trzeba być naprawdę zamożnym człowiekiem, żeby używać go w dużych ilościach do kąpieli: jakieś 600 zł wzwyż za 5 ml).

Sama olejku różanego nie mam w sklepie (używam geranium różanego), bo mnie najzwyczajniej na świecie nie stać, żeby zakontraktować litr. Więc jak widzę firmę, która sprzedaje nierozcieńczoną różę poniżej 100 złotych, to jestem bardzo podejrzliwa.  Tak więc tutaj zupełnie pomijamy sztuczne mieszanki zapachowe, o których powiemy sobie innym razem.

Pamiętajmy tutaj, że do celów aromaterapeutycznych używamy zazwyczaj olejków albo destylowanych parą wodną, albo tłoczonych.

Trzy lata temu wyczytałam w starych książkach, że absoluty i konkrety (np. absolut różany i jaśminowy) nie są używane w aromaterapii. Teraz rewiduję tę wiedzę. To nieprawda, też są używane.

Na kursie aromaterapii dla kobiet w ciąży w Wielkiej Brytanii nauczyłam się robić mieszankę wywołującą poród z absolutem jaśminowym. Więc też się ich czasem używa, ale co do zasady nie są to olejki eteryczne.

 

Najlepsze olejki aromaterapeutyczne – czyli jakie?

Intuicyjnie sprawa jest prosta: no, naturalny olejek eteryczny, prawdziwy.

Z rośliny. Byłoby miło. To zaskakujące, jak wiele osób nadal myli olejki naturalne z olejkami zapachowymi, ale to inny temat. Jaki jest będzie dobry olejek?  Witamy na moim blogu. Właśnie zaczną się schodki :).

Prawdziwy, czyli taki, który jest w 100% pochodzenia naturalnego. Nierozcieńczony (częsta praktyka), bez dodatków innych olejków nieoznaczonych na opakowaniu (często fałszuje się np. olejek różany), bez wprowadzania w błąd kupującego (czyli jeśli piszę, że sprzedaję Ci olejek z drzewa różanego, to nie rysuję na etykietce wielkiej róży damasceńskiej). To jest taka podstawa, podstawa, żebyśmy byli zadowoleni z naszego olejku.

Sine qua non.

Ja na przykład nie sprzedaję olejków eterycznych, które są rozcieńczone, ale jeśli robię je w mieszance kosmetycznej, to zawsze o tym piszę.

Możemy jednak oczekiwać też czegoś ekstra. Oczekujemy rzeczy ekstra wtedy, kiedy liczymy na szczególną jakość farmaceutyczną, kosmetyczną (o czym dalej) albo po prostu lubimy otaczać się rzeczami najwyższej jakości i mamy taką zachciankę :). Czego zatem możemy oczekiwać?

 

Fajnie byłoby z dobrego źródła (rolnictwa ekologicznego, zrównoważonego zbioru etc.)

Nie zawsze jest to do zrobienia i nie zawsze konieczne (dlaczego? – o tym dalej), ale możemy chcieć mieć taką zachciankę. W końcu wolelibyśmy nie mieć pozostałości pestycydów czy fungicydów w naszym olejku.

Na pociechę dodam, że na szczęście wiele ziół nie potrzebuje dużego nawożenia i opryskiwania (ale część jest podatna na infekcje grzybowe, tak jest np. w naszym klimacie z lawendą).

Dla porządku powiedzmy też, że niektóre olejki nie będą miały certyfikatów. Dla przykładu byłam w Omanie. Kadzidło rośnie tam na pustyni i jest ekologiczne z zasady. Sułtanat Omanu nie ma certyfikacji “ekologicznej” swojego kadzidła. Jak zamawiam partię olejku kadzidłowego na moje zamówienie, na przykład boswelli sacra, to wiem, z której dokładnie żywicy, destylarnia dla mnie destyluje.  Sama żywica nie ma certyfikatu ekologicznego, bo tam rośnie. Sułtanat Omanu traktuje swoje kadzidło jako dobro narodowe i pilnuje, żeby było pozyskiwane dobrze.

Ale już taka Somalia? Drzewa kadzidłowe są często “overtapped” (zbierają owszem, ze stanu naturalnego, ale za dużo) i zaczynają ginąć. Masz potem ten sam olejek w teorii, jeden kosztuje kilka razy mniej od drugiego.

W teorii obydwa są ekologiczne (serio, nie potrzeba certyfikatu wiosce w górach, mają tam czyściutkie powietrze i ludzie żyją tam praktyczne jak przed wiekami). W teorii z tego samego drzewa, ale z innych krajów.

Firmy certyfikujące to też jest biznes: dwie największe firmy certyfikacyjne (EcoCert i Soil Association) za darmo nie certyfikują i wiele małych destylarni nie może sobie pozwolić na ich certyfikację.

 

Wishful thinking

  • pragnęlibyśmy być może, żeby olejek zachował jak najwięcej swojej właściwości. Był dobrze pozyskiwany, paczkowany, przechowywany.
  • pragnęlibyśmy, żeby olejek miał jak najwięcej substancji czynnych, na których nam zależy. Możemy chcieć, żeby był pozbawiony pewnych substancji uczulających (ale to raczej jest potrzebne firmom do konkretnych zastosowań, o czym dalej) albo miał określony profil biochemiczny. To jest dla zwykłego użytkownika zazwyczaj mało znaczące, ale możemy mieć takie pragnienie.

Nadal brzmi dość logicznie, prawda?

Problem polega przede wszystkim na tym, że zioła i olejki eteryczne to dary natury (pomijając problem z tym że ludzie bywają nieuczciwi).  Za nic nie chcą się wcisnąć w ramy wyznaczane przez współczesną farmację i naprawdę bardzo trudno jest (ale to nie jest niemożliwe) je standaryzować. Są kapryśne i ich jakość (rozumiem jakość jako naturalność + możliwie największe właściwości terapeutyczne) oraz skład może zależeć od miliona czynników.

 

Jakość i skład olejków eterycznych zależy:

  • odmiany,
  • sposobu uprawy (nie chcielibyśmy mieć np. pozostałości pestycydów na olejku, prawda?),
  • pogody w danym roku (w roku mokrym roślina może mieć mniej olejków eterycznych niż w suchym),
  • rodzaju gleby (to bardzo ważna zmienna),
  • gatunku rośliny,
  • naturalnych wariacji  np. tymianek ma bardzo zmienny chemotyp z natury, taki już on jest,
  • pory zbioru,
  • suszenia i przechowywania ziół,
  • sposobu destylacji.Na przykład mogę mieć fajną lawendę i wydestylować sobie z niej olejek w szopie w jakimś małym destylatorze. Mogę? Mogę (mam nawet niezłą szopę). Tyle że, żeby olejek był bardzo dobry, komora destylacyjna powinna być dobra, z możliwością kontroli ciśnienia i temperatury destylacji oraz odpowiednim dobraniem ich do danego surowca (inaczej będziemy ekstrahować różę, inaczej taki cyprys). Można najlepszy materiał zepsuć złą destylacją.

Mamy więc dużo przeróżnych czynników, które wpływają na naturalne olejki eteryczne. Teraz zastanówmy się, jak to się dzieje, że trafiają do tych małych buteleczek.

 

Skąd się biorą na rynku olejki eteryczne?

Zastanówmy się, skąd na rynku pojawiają się olejki eteryczne?

Sprawa jest i łatwa i nieco trudniejsza.

Ponieważ swojego czasu miałam pomysł konfekcjonowania olejków pod własną marką (pomysł upadł, bo powiedziałam sobie, że albo będę mieć możliwie najlepsze olejki aromaterapeutyczne, albo wcale i ciągle nie mam idealnego dostawcy, a jestem nadmiernie podejrzliwa). Temat dystrybucji jest mi dość dobrze znany, więc może i dla Was będzie ciekawy :). Tak na marginesie: czy wiecie, że najtańszy olejek lawendowy można sprowadzić z Chin?

Gospodarstwo lub firma mają swoje własne plantacje i destylują sobie olejek. Najłatwiejsza opcja i najbardziej logiczna. Natomiast dość rzadka. Dlaczego? Ponieważ dość trudno jest mieć gospodarstwo, które posiada zróżnicowane rodzaje olejków, a przecież wymagania rynkowe są dość duże

Gdybym ja chciała destylować własne olejki, to samego tymianku powinnam mieć ze dwa hektary. Nie robiłabym nic, tylko uprawiała ten tymianek, a i tak olejek nie byłby taki dobry, bo… rok temu w maju padał śnieg. Tego roku maj jest zimny.

W plantacji na południu Francji, z której biorę tymianek, roślinka ma już pełno olejków eterycznych, bo jest tam SŁOŃCE.

Za to bardzo fajnie można destylować wody kwiatowe w naszych warunkach. I z chęcią to robię.

Wyjątkiem wydaje się być lawenda i róża, na które popyt na światowym rynku jest ogromny. Dobry producent lawendy nie będzie miał najmniejszych problemów z jej upłynnieniem.

Firma kontraktuje olejki. Tak robi prawie każdy i ja też. Opcja najczęstsza: firma kupuje olejki albo bezpośrednio od gospodarstw, albo od większej firmy, która już je wcześniej skupiła (bo przecież nie każdy może sobie pozwolić na zamówienie ileś tam set kilogramów jednego olejku, to normalne). Potem rozlewa się je pod własną marką, czyli właśnie konfekcjonuje.

Czasami są to olejki z jednego gospodarstwa, ale bardzo często mieszane. Znamy na przykład kraj pochodzenia (który podał nam importer), powinniśmy znać dokładną nazwę botaniczną rośliny. Jest to praktyka powszechna i zupełnie zrozumiała, chociażby dlatego, że wiele olejków eterycznych (np. sandałowy) u nas nie występuje i trzeba je sprowadzić.

Dla przykładu olejek goździkowy sprowadzam ze SriLanki, Ylang Ylang Extra fine z Madagaskaru i dlatego, jak nie ma ich na stanie, to zajmuje około 4 -5 tygodni ściągnięcie nowej partii.

Na tym etapie może zdarzyć się wiele: rozcieńczania (często nieświadome, wydaje mi się, że jednak firmy przywiązują coraz większą wagę do tego, żeby sprzedawać dobry produkt), mieszania tańszego z droższym i inna przeróżna magia.

Nie ma możliwości, żeby sprawdzić w pełni jakość olejku na oko (no, chyba że ma słaby zapach wybitnie albo jakiś podejrzany kolor, to można się domyślać). Jedynym sposobem, żeby być pewnym, że nam dystrybutor sprzedaje pewną rzecz, jest test laboratoryjny.

 

Kiedy dostaję olejek, mam do nich komplet badań.

Co ciekawe, raz na jakiś czas zdarza się jakaś “Aberracja”. 

Na przykład kiedyś dostałam lawendę od mojej destylarni, która była niepodobna do niczego innego, co widziałam wcześniej. W papierach wyszło, że ma inny wzorzec, niż powinna. Potem okazało się, że mieli bardzo dziwną pogodę podczas destylacji tej partii i dlatego miała inny zapach niż zazwyczaj. Co ciekawe, dziewczyny bardzo go polubiły, ale nigdy więcej nie udało się go odtworzyć, bo akurat taki był rok.

Widziałam to zjawisko też na maśle shea. Raz, dosłownie raz, miałam partię super miękkiego masła shea, które miało zupełnie inny rozkład kwasów tłuszczowych. Chciałam je sprowadzać, bo było super, ale okazało się, że to taka “naturalna aberracja” i już nie udało się jej powtórzyć.

 

Certyfikaty “Jakość terapeutyczna” to ściema marketingowa

Poważnie.

Większość tych certyfikatów to są “TM” czyli “Trade Marks” i to zarejestrowane poza Europą. W dużym skrócie wygląda to tak.

Duża firma wymyśla jakąś nazwę na przykład “Certyfikat Bioterapeutycznej Jakości” i rejestruje ją jako znak towarowyTo oznacza, że tylko ta firma może go używać!

Czasem piszą do mnie dziewczyny i pytają, czy “masz certyfikat terapeutyczny jak firma X”. Nie mam i nie będę mieć, bo ta firma za to pozwie mnie do sądu. Proste. Firmy same zakładają własne certyfikacje i znaki towarowe.

Nie mówię, że takie olejki nie będą jakościowe, bo to nie ma nic do rzeczy. Mogą być, ale nie muszą. Mówię, że to znak towarowy i jakbym chciała, to mogę sobie wszystkie moje olejki oznaczyć “Jakość Terapeutyczna TM”. 

A przepraszam, nie mogę, bo w Unii Europejskiej nie możemy sugerować, że coś jest “lecznicze”, jeśli nie jest formalnie lekiem. Stąd większość tych certyfikatów jest zarejestrowana w Stanach.

 

Olejki firmy X mają certyfikat terapeutyczny i nadają się do spożycia i dlatego są takie super

To też jest ściema.

Owszem, olejki eteryczne mogą, ale nie muszą nadawać się do spożycia. Rozcieńczysz oregano i zrobisz z niego suplement? Będzie jadalne. Zjesz sobie olejek eukaliptusowy albo wintergreen, choćby czystości złota? Wylądujesz w szpitalu. Doprawisz sobie coś kropelką goździka? Będzie jadalne. Zaczniesz brać goździk choćby z milionem certyfikatów, ale bez wiedzy aromaterapeuty, pójdziesz potem na wyrwanie zęba? Zaczniesz krwawić, bo rozrzedza krew.

Poza tym żyjemy w Unii Europejskiej i według prawa jedynym “certyfikatem”, który dopuszcza coś do spożycia jest… Zgoda SANEPIDU.

Jeśli mi nie wierzysz, to zobacz na etykietki tych firm, których przedstawiciele mówią “śmiało, to czyste, możesz jeść!”. Jeśli są dopuszczone do obrotu w UE, to małymi literkami zawsze będzie “not for internal use” (chyba że to akurat suplement diety).

Możesz też zadzwonić do Sanepidu, zapytać, czy “olejek firmy Y” jest jadalny, bo mają certyfikat brzmiący “XYZ”.

 

Mogłabym powiedzieć: “A, to tylko takie głupie europejskie prawo, ale moje olejki są czyste, więc możesz kupić i pić!”.

Pewnie nikt by się nie dowiedział. Ale po prostu nie pozwala mi na to etyka i moja wiedza, więc jeśli mogę, polecam zawsze inne opcje :). Tracę przez to czasem  Klientów, ale nie chcę mieć potem na sumieniu tego, że ktoś sobie poparzył przełyk np. pijąc oregano prosto z buteleczki. Pamiętaj proszę, że do spożycia (mówię o terapeutycznym,  a nie o doprawianiu ciasta olejkiem cytrynowym), czy nie, nie jest wyznacznikiem jakości.

Certyfikaty marketingowe nijak się mają do prawa. Dlatego ja na swoich olejkach zawsze piszę “nie do spożycia”. Sama oczywiście ich używam np. do gotowania, rozcieńczam sobie oregano na domowy suplement, ale stężone, zgodnie z zasadą, dla klienta końcowego są z informacją “nie do jedzenia”. Co ma sens, bo ktoś zapomni, użyje, nierozcieńczy i zrobi sobie krzywdę. Bo są stężone i po prostu trzeba umieć ich używać.

Ciekawostka: olejki do spożywki i paszowe są najtańsze ;).

Spożycie nie jest konieczne, żeby aromaterapia działała i często działa dużo lepiej przez inhalacje (bo szybciej, od razu wchodzi do krwioobiegu, a nie przez kwas żołądkowy). Spożywanie wymaga zaawansowanej wiedzy. W wielu przypadkach widzę, jak piszą do mnie dziewczyny, które dopiero zaczynają przygodę z aromaterapią, nie do końca wiedzą jak się używa olejków eterycznych i chcą je spożywać. Ja to rozumiem, bo to jest stężone zioło i jakby “lek”, ale zazwyczaj odwodzę od spożycia. 

 

Pokazuję inne, skuteczne i bezpieczne, drogi, takie, jakich sama uczę się na kursach aromaterapeutycznych.

Ciekawostka: Międzynarodowe Stowarzyszenia Aromaterapeutów takie jak IFPA (nie sprzedawców, ale aromaterapeutów) generalnie nie pozwala na nieodpowiedzialne promowanie olejków jako “do spożycia leczniczego”. Można za to wylecieć z gildii.

Ja według “prawa” nauczyłam się jak administrować olejki spożywcze dopiero po pełnej, praktycznej dwuletniej certyfikacji na aromaterapeutę klinicznego.

To jest zaawansowana wiedza.

Także tracę przez to pieniążki, natomiast śpię spokojnie, że robię i polecam tak jak umiem najlepiej w danym momencie.

 

Więc z tymi certyfikatami to ostrożnie…

Np. jakaś firma pisze sobie, że ma olejek “Super Therapeutic Effect Forever Live Great” czy coś w tym stylu, a jednocześnie trzyma w tajemnicy kryteria certyfikacji (albo wręcz są one tajemnicą firmową).

Nie jest to wtedy klasyczna certyfikacja (bo nikt poza tą firmą nie może się tak certyfikować), ale raczej znak handlowy czy znak jakości (który może być bardzo wysoki).

To trochę tak jakbym ja stworzyła  sobie “Certyfikat Jakości Klaudynki”  i mówiła, że żadna firma na świecie go nie ma. No nie ma. CJK mogłyby być naprawdę dobre jakościowo, ale nie będą to kryteria, które można przenieść na innych producentów. Rozumiecie różnice?

 

Warto wiedzieć jaki olejek ma chemotyp

Ja jestem na przykład olbrzymią fanką olejku tymiankowego. Bardzo, bardzo mi pomógł w przypadku zapalenia oskrzeli (dobrze, stosowałam trochę nielegalnie, czyli wewnętrznie), pomógł mojej Babci i ogólnie polecam go, komu mogę.

Taki olejek jest jednak zbyt mocny dla małych dzieci: idealny byłby olejek tymiankowy o tzw. chemotypie linalol, który jest dużo łagodniejszy i odpowiedni do stosowania dla najmłodszych. Nie ma takowego do kupienia u nas, za granicą jest sprzedawany (chyba, że coś przegapiłam? dajcie mi znać!).

 

Podsumowując, dlaczego trudno o najlepsze olejki aromaterapeutyczne?

Jak widzicie, na jakość olejku wpływa bardzo bardzo wiele rzeczy.

Trudno jest dostać najlepszy olejek aromaterapeutyczny, który miałby spełnione na raz kilka kryteriów (a że ze sprawdzonego gospodarstwa i jeszcze dobry skład i wiemy, że nierozcieńczony). Dodatkowo każda partia może być inna. Doktor Różański badał kiedyś olejki kilku polskich firm i część z nich uznał za dobre.

Szkopuł w tym, jeśli firma miała olejki dobre kilka lat temu, nie oznacza to, że jakość jest zachowana.

Regularnie dostaję pytania w stylu: “Doktor Różański polecał tę firmę, dlaczego ich nie sprzedajesz?”

Byłam na studiach u dr Różańskiego całkiem niedawno (nawet badaliśmy razem dostawcę oregano na chromatografii płytkowej)  i wprost powiedział, że sam sprowadza sobie z zagranicy i nie używa polskich firm.

Mógł się zmienić jeden z  dostawców, mogła się zmienić polityka firmy, mogło się zmienić zupełnie wszystko. Rozmawiałam z firmami, które pokazywały mi badania chromatograficzne swoich olejków (bo kiedy chciałam konfekcjonować swoje, to prosiłam o profil konkretnego olejku). Z 2006 roku, które firmy uznawały za aktualne.

Dlatego kiedy zadajecie mi pytania: “Co sądzisz o olejkach sprzedawanych przez sklep z półproduktami X albo Y?”, nie mogę Wam odpowiedzieć. Przecież olejek lawendowy może być zupełnie inny od mirtowego czy pomarańczowego, w końcu są od innych dostawców.

 

Natomiast pytanie jest, do czego Wam są te olejki.

Jeśli potrzebujecie do sprzątania, to najlepiej kupić jakieś tanie. Do mydeł tak samo. Po co będziesz u mnie kupować za grube pieniądze, jak i tak w procesie zmydlania się zniszczy. Szkoda olejku, kup sobie tani.

Każdy olejek ma “jakieś” właściwości terapeutyczne, bo jest w nim chemia i jakoś na nas działa. Tyle że jedne będą działać lepiej, inne mniej.

Dlatego mówię, że jeśli Cię nie stać na najlepsze olejki aromaterapeutyczneolejki, które są starannie wyselekcjonowane (np. u mnie albo innych, droższych firm) to kup sobie to, na co Cię stać, albo kup sobie jakiś tańszy (od siebie polecam np. pomarańczowy za 39 złotych, niedrogi, ale super fajny) i po prostu zacznij stosować.

Powiedzmy sobie jasno: naturalny olejek eteryczny, dobrze wydestylowany i przechowywany zawsze będzie wartościowy. Lepiej użyć dobrego, niż nie używać w poszukiwaniu najlepszego olejku aromaterapeutycznego.

To, co mówię, jest kontrowersyjne, ale naprawdę tak uważam.  Lepiej jest kupić sobie jakikolwiek i używać.

 

Generalnie potwierdza się z mojego doświadczenia zasada, że najlepsze olejki aromaterapeutyczne nie są tanie.

Nie ma takiej możliwości, po prostu nie ma, żeby dostać sandałowiec poniżej 10 zł. Nawet poniżej 100 zł jest podejrzany.

Śmiem twierdzić, że olejek z drzewa herbacianego poniżej 20-30 zł jest mocno podejrzany, bo tak się składa, że na świecie w obrocie jest więcej olejku z drzewa herbacianego niż posadzonego drzewa herbacianego i gdzieś następuje cudowne rozmnożenie (tutaj przeczytacie zresztą więcej o fałszerstwach olejkowych).

Rozcieńczony olejek z drzewa herbacianego nadal jest skuteczny, ale chciałabym wiedzieć, że kupuję rozcieńczenie. I żeby było jasne, nie twierdzę, że z każdym coś się robi i że robi się to w Polsce, może my mamy jakieś swoje kanały olejkowe specjalne ;).

Nie ma takiej możliwości, żeby kupić w detalu olejek różany poniżej 100 zł (chyba, że macie ciocię z plantacją róży). Nie ma cudów po prostu.

Dodam jeszcze, że w aptekach czasem sprzedają takie badziewia, że głowa mała i czasem nigdy nie słyszeli o jakości farmaceutycznej (“Wie Pani, naturalny olejek to jest, tani, klienci lubią tanie”). Dość tanio można kupić olejki cytrusowe i to jest OK, bo cytrusy są dość olejkodajne.

Ze swojego doświadczenia mogę powiedzieć, że problem z nimi jest taki, że jak mam małą rotację (czytaj, nie sprzedadzą się wszystkie) to dla mnie problem, bo mają krótką datę ważności.  Staram się mieć zawsze na świeżo i zamykam sprzedaż, jak brakuje, ale np. muszę uwzględnić w cenie to, że nie wszystko mi “zejdzie”.

Podsumowując: jak widzicie, sprawa nie jest łatwa.

Otrzymaj dostęp do Biblioteki Alchemiczki!
 

Podobał Ci się ten wpis? Podaj dalej!