Dzień dobry,
Kocham moją Babcię za to, że pletła mi wakroczyki kiedy byłam dziewczynką. Codziennie wyprawiała do szkoły. Robiła mi śniadania. Bez względu na to, czy miałam lekcje na ósmą czy wycieczkę na 5 rano. Zawsze czekała na mnie rano ciepła herbata z cukrem i kanapka. W podstawówce, gimnazjum i liceum.
Kiedy poznałam mojego Pana i jechałam go odwiedzić na drugi koniec Polski, brała rower i pomagała mi donieść bagaże pod drogę (bo stamtąd odjeżdżał bus).
Za to, że w wiosną słuchałyśmy ubrane w szlafroki rechotu żab dochodzącego z oddali i rozmawiałyśmy godzinami. Nawet nie wiem o czym, pewnie o jakichś głupotach, pamiętam tylko ciepłe wieczory i upajający zapach starej jabłoni.
Za to, że opiekowała się wszystkim, czym mogła się zaopiekować. Nawet tą kaczuszką, którą widzicie na zdjęciu: była chora i jej szanse przeżycia były znikome. Po dwóch dniach już nie żyła, ale Babcia się uparła, że spróbuje.
Za to, że zawsze sadziła mi to co chciałam. Fioletowe ziemianki? Japońska fasola? Nie ma sprawy, jak się zadba to urośnie!
Nawet, kiedy się o mnie bardzo martwiła, nigdy nie powiedziała mi złego słowa i nie oceniała moich wyborów.
Nigdy nie słyszałam jej, żeby przekilnała. Nigdy.
Dzień Babci i Dziadka to dla mnie od dwóch lat najgorszy dzień w roku.
Mój Dziadziuś umarł dokładnie 22 stycznia. Przyjechał do szpitala jako relatywnie zdrowy człowiek (to znaczy chory, ale lekarze nawet rozważali jego wypisanie do domu pierwszego dnia, zresztą nie opuszczał go humor). Kilka tygodni później jeździliśmy na zmianę na salę itensywnej terapii i masowaliśmy go kiedy był pod respiratorem.
Doskonale pamiętam dwa blogowe posty, na których patrzenie do tej pory sprawia mi ból.
Pierwszy to Projekt Piwnica. Mam gdzieś cały folder zdjęć do tego projektu. Ostatnich, na których jeszcze widzę Dziadziusia i pamiętam jak dziś kiedy mówi: „Wyjdź z tej piwnicy, przeziębisz się, zresztą czemu to robić te zdjęcia”. I drugi, białe tulipany. Jeszcze nie żałobny, ale prawie.
Dzień Babci i Dziadka nigdy nie będzie mi się już dobrze kojarzyć.
Dziś dzień Babci, Babcia spędza u specjalistów.
Rok temu dzień w dzień odwiedzałam ją w klinice i mieliśmy nadzieję, że będzie dobrze. Wiem, że nie ma cudów i to kwestia czasu, tyle, że nikt nie wie jakiego.
Najgorsze jest to, że tak naprawdę niewiele mogę robić. Wypatrzyłam oczy nocami na PubMedzie, przedarłam się przez tony badań. Za dobrze wiem ,że jeśli coś się udało na myszy, niekoniecznie uda się na człowieku. Robię co mogę, czyli zamawiam najpotężniejsze adaptogeny jakie istnieją z drugiego końca świata i czekam na to co musi się stać.
Staram się płakać tylko wtedy, kiedy jestem sama, bo nie znoszę dołować innych. Zajmować sobie głowę pracą i być uśmiechnięta. Gotować rosoły, obiady, pożywne jedzenie, piec jej ulubione ciasto marchewkowe. I czekać.
Na razie jesteśmy w domu, będziemy się jeszcze leczyć i po prostu mam nadzieję, że to trochę pomoże.
Wczoraj długo rozmawiałyśmy w nocy.
– Jeszcze bym trochę mogła pożyć przecież, nawet dobrze się czuję. Tyle mam rzeczy do zrobienia, owies byśmy zasiali, ziemniaki, wiosna będzie, w ogrodzie trzeba popracować. Magda pójdzie do gminazjum niedługo, kto ją będzie wyprawiał do szkoły? Jeszcze bym ją wyprawiła jakby u mnie spała, herbatę bym jej zrobiła ciepłą i kanapkę.
Życzę Waszym Babciom i Dziadkom wszystkiego najlepszego i dużo, dużo zdrowia.
Niech będą z Wami jak najdłużej.
Autor: Zespół K. Hebda 




