
W poprzednim poście na temat syropu z kwiatów bzu obiecałam Wam krótką foto-relację z „wyprawy po bez”. Oto i ona:)
Dwa tygodnie razem z moją siostrzyczką wybrałyśmy się na poszukiwanie kwiatów bzu.Było piękne, niedzielne wczesne popołudnie, bardzo upalnie i słonecznie: wszystko wokół wściekle zielone. Taką wiosenno-letnią zielenią, jakby rośliny chciały wykorzystać każdy promień słońca do wzrostu.
Nasza wieś jest położona w centralnej Małpolsce i każdy kto zna te tereny wie, że raczej nie można tutaj mówić o idyllicznej wiosce w środku lasu, oddalonej od innych ludzkich sadyb o kilkanaście kilometrów. Obszar jest bardzo zabudowany, kiedy kończy się jedna wioska, zaraz zaczyna się kolejna (jak stwierdził mój Pan „to przecież jedna, wielka, ciągnąca się kilometrami wieś!”). Coś jest na rzeczy
Dlatego też szukałyśmy z siostrzyczką miejsca, które byłoby w oddalone nieco od mieszkalnej części miejscowości, tak aby bez był jak najlepszy. Udało się!
Post dedykuję mojej siostrzyczce jeśli to czyta:)
Zapraszam na dalszą relację!
ps. żebyście widzieli miny zdziwionych ludzi, kiedy szłyśmy w niedzielę z wielkim koszem kwiatów bzu.. u nas chyba nikt ich nie przetwarza..
ps2. A tak wyglądała moja wieś zimą.