Dzień dobry,
Dwa dni temu napisał do mnie kolega:
- Cześć. Jesteś w domu? Wróciłem z Turcji, mam kawę, po turecku, tygielek, możemy sobie razem przygotować! Znajdziesz chwilę?
- Znajdę!
Znalezienie chwili okazało się trudniejsze,niż sądziłam.
Nie przygotowałam niczego do zjedzenia, ponieważ nie było na to czasu. Przerwałam spotkanie chyba ze cztery razy, ze względu na niespodziewane telefony i wizyty. Kupiłam ciastka, które pod naszą nieobecność zjadł kot. Wysypałam cukier na blat. Potem potrąciłam ręką gotową kawę i wylała się na stół. To nie był mój dzień.
Na szczęście pod ręką była woda, palnik i cukier. Wystarczyło na mocną, aromatyczną kawę po turecku.
Właściwie jedyną kawą, którą lubię jest capuccino – kawy „fusiastej” nigdy nie lubiłam. Zwłaszcza wersji, którą piją moi Rodzice i Dziadkowie („nasyp łyżeczkę, zalej wrzątkiem i posłódź”). Ta przygotowana dziś nawet mi smakowała – była to wersja dość delikatna, z pianką, nieco podobna do espresso. Następnym razem spróbuję z kardamonem – podobno jeśli rzadko piję kawę, powinnam na siebie uważać i nie przesadzać z tym specjałem.
Zapraszam Was na kawę po turecku!
