[ Ten post jest częścią z cyklu kasztany jadalne. Mogą także zainteresować Cię poniższe posty:]
Dzień dobry,
Z czym kojarzą się Wam kasztany jadalne?
– ze „Stawką większą niż życie”? (jako dziecko podkochiwałam się w kaptanie Klossie, nie przepuściłam ani jednego odcinka we wakacje;))
– Francją?
– Dekadencją?
– Dziwnym i fikuśnym jedzeniem, które przygotowują znudzeni już wszystkim blogerzy kulinarni?
– [ tutaj miejsce na Wasz pomysł] ?
Mi kasztany kojarzą się z Sylwestrem, którego spędziłam z moim Panem w Pradze. Pojechaliśmy do Pragi w samego Sylwestra: to była spontaniczna decyzja. Bez mapy, bez zamówionego noclegu, jedynie z paroma ubraniami na zmianę. Było przeraźliwie zimno (z -20 stopni), więc nie delektowałam się zbytnio praskimi zakątkami. Piliśmy Beherovkę i jedliśmy kasztany. Wszędzie było pełno maleńkich stoisk z kasztanami, grzańcem i zawijanymi, pieczonymi drożdżówkami (niestety, nie wiem jak się nazywają).
Pieczone kasztany były dla mnie ciekawostką, której koniecznie chciałam spróbować. Za pierwszym razem rozczarowały: może to zimno, może kolejny łyk Beherovki, ale wydawały mi się być po prostu słodkimi batatami. Teraz jednak, kiedy zaczęłam eksperymentować z kasztanami, otwierają się przede mną różne kulinarne możliwości.
Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie poczytała nieco o jadalnych kasztanach. Czy wiedzieliście, że istniały całe „kultury kasztanowe”, z kasztanów wypiekano tzw. „drewniany chleb”, a rzymscy lekarze uznawali je za antidotum na ukąszenie węża?
Jeśli Was zainteresowałam, zapraszam do przeczytania dalszej części postu.
ps. ten post dołączam do cyklu Food Studies w Ziołowym Zakątku.
(więcej…)
