Zastanawialiście się kiedyś, skąd się bierze czekolada?

Mój Tato dawniej miał, no dobrze, może nie fabrykę czekolady, ale firmę sprzedającą ciastka.
Sam skonstruował polewaczkę do ciastek. Z jednej strony podgrzewała w kotle polewę, z drugiej był taśmociąg. Na taśmę kładliśmy ciasteczka (herbatniki Asy, pamiętam do tej pory!), które oblewała gorąca masa.  Zanim ciastka doszły do końca taśmy były już w miarę chłodne i można było je zbierać szpachelką do pudeł (a potem ręcznie pakować). Co prawda polewa nie była czekoladą pierwszej klasy, ale pamiętam że Tato zapraszał mnie do zdecydowania „czy ten dostawca jest wystarczająco dobry”. Pamiętam też, jak siedzieliśmy w zimie, w kurtkach i wyjadałam co drugi, polany czekolada herbatnik. Dodam jeszcze, że mieliśmy mnóstwo pierników: od sufitu do podłogi. Pewnie dlatego do tej pory nie lubię piernikowych ciast.

Dlaczego o tym piszę? Z dwóch powodów. Po pierwsze, dawno temu, podczas mojej podróży do Londynu, kupiłam sobie książkę „Willie i Fabryka Czekolady” (za marne 2,5 funta).  Książkę kupiłam w małym londyńskim antykwariacie, ale jakoś nie zaglądałam do niej na poważnie. Po drugie, zamówiłam ostatnio nieco dobrych rzeczy z manufaktury czekolady i przyszedł czas na czekoladowe eksperymenty. Naturalnym było więc sięgnięcie na półkę właśnie po tę pozycję. Dlatego też, przed rozpoczęciem czekoladowego kucharzenia, postanowiłam napisać recenzję książki „Willie and Chocolate Factory Cook Book” („Willie i Fabryka Czekolady).

Zapraszam!
(więcej…)