Alchemia no1 – poznaj mój flagowy krem!

 

Dzień dobry,

Witam Cię serdecznie 1 maja. Jest to dla mnie dość szczególny dzień, ponieważ postanowiłam właśnie dziś zaprezentować Ci mój flagowy krem, którego fizyczne tworzenie (pomysł miałam w głowie o wiele wcześniej) zaczęłam właśnie rok temu: Alchemię no 1.

Wymarzyłam sobie krem, który były wypakowany po brzegi różnymi dobrociami. Wiesz, nie taki, gdzie masz w składzie jeden, naturalny składnik, gdzieś tam na końcu, w mikroskopijnej ilości i robi się z tego potem wielki marketingowy hype, ale prawdziwą rzecz, pełną maseł oraz olejków eterycznych.

Krem, który byłby naprawdę wielofunkcyjny i chcesz go mieć pod ręką.  Obecnie nie ma problemu, żeby znaleźć kosmetyki dedykowane do praktycznie każdej części ciała (sama mam w ofercie świetne serum do rąk i stóp), natomiast dużo trudniej jest znaleźć coś, co przyda się zarówno na spierzchnięte usta, smagane zimnym wiatrem policzki, podrażnioną słońcem skórę w lecie.

Chciałam mieć krem, który będzie wypakowany po brzegi dobrociami. Może nie wygląda najładniej, ale jest czymś więcej, niż zwykłe masło do ciała: możesz użyć go też na dekolt, biust czy nawet, jeśli masz cerę suchą i dojrzałą, na buzię.

Jest to krem, którego tworzenie wiązało się z ryzykiem, masą przygód, przeciwności i przeróżnych „dołów”, jednak zdecydowanie było warto.

Jeśli chcesz się dowiedzieć więcej, zapraszam!

ps.  Historia powstania kremu jest dość długa i generalnie mogłabym wpisać ją do „pamiętnika młodego przedsiębiorcy”. Dlatego postanowiłam kulisy powstawania zawrzeć w osobnym poście, który, być może, przyda się początkującym przedsiębiorcom!

Dlaczego Alchemia no1?

Po pierwsze chciałam mieć krem, który będzie pełen „alchemicznych” składników.  Naturalnych oraz dobranych „. Jestem w stanie wyjaśnić z naukowego punktu widzenia obecność każego z nich. Żadne tam placebo czy coś dodane tylko dlatego, że ładnie się nazywa.

Szczerze? Gdybym miała reklamować ten krem opisując same jego składniki, to brakłoby mi czasu antentowego, bo tyle tam włożyłam:-).

Chciałam, żeby był oparty na „wielkiej trójce” czyli masło shea + kakaowe + olej kokosowy, plus mnóstwo odżywczych, delikatnych i cennych olejów roślinnych, plus jeden, magiczny składnik, który spędzał mi sen z powiek, o czym dalej.

Jako, że osobiście nie lubię oleju kokosowego i na mojej skórze on nie za bardzo się sprawdza w czystej formie (po prostu nie zauważyłam, żeby jakoś specjalnie ją nawilżał i baardzo wolno się wchłania), zastąpiłam go mniej znanym, ale naprawdę świetnym, olejem z babassu. Ma podobne właściwości do oleju kokosowego, ale wchłania się dużo szybciej i dzięki temu, Alchemię można stosować nawet jeśli masz delikatną skórę.

Minusem tego oleju jest grudkowata konsystencja, której nie da się pozbyć, jeśli chcemy, aby krem nadal był „naturalny”. Grudki rozpuszczają się błyskawicznie, ale wprowadzenie kremu, który ma inny wygląd niż znane ze sklepów, wiązało się z pewnym ryzykiem:-).

Skąd nazwa?

Przyznam, że z nazwą miałam problem. Jestem beznadziejną copywriterką i ogólnie mam wrażenie, że nie potrafię dobrze sprzedawać, ani reklamować rzeczy, które robię. Najchętniej nazwałabym go w stylu: „Krem z rokitnikiem”, tyle, że lista składników, które włączyłam była tak długa, że nie zmieściłaby się z przodu etykietki:)

Pewnego razu jechałam samochodem z siostrą i ona opowiadała mi o jakimś zadaniu w komputerowej grze Wiedźmin. Zażartowałam, że może się chwalić, że ma siostrę, która ma w domu alembiki, takie prawdziwe, nie tylko wirtualne.

Rozmawiałyśmy trochę o eliksirach wiedzmińskich i alchemii. Wtedy po prostu samo do mnie przyszło:

„Magda, nazwę ten krem Alchemia! Tak po prostu! Dlaczego nie?”.

Jeden z moich problemów został rozwiązany.

Alchemia no1 – mój flagowy krem!

Dlaczego no1?

W Alchemii znajduje się forma wosku pszczelego i chciałabym kiedyś znaleźć wegański odpowiednik lub odpowiednik dla osób uczulonych na produkty pszczele, dlatego chciałam sobie zostawić furtkę do wersji numer2!

Co znajdziesz w Alchemii?

W Alchemii znajdziesz fantastyczne, uznane oleje o super właściwościach i ich różnorodność może Cię zaskoczyć. W końcu to Alchemia!:)

  • olej rokitnikowy (stąd słoneczny kolor): bardzo mocno regenerujący, jednak nadaje jej specyficznego zapachu
  • olej żywokostowy i dziurawcowy: regenerujący i chroniący skórę, tradycyjnie używany przy małych skaleczeniach etc. Dziurawiec tutaj użyty nie jest fototoksyczny  więc możesz go spokojnie używać przez cały rok
  • olej koroszowy: naturalne źródło tokoferoli, super do pielęgnacji skóry ze skłonnościami do stanów zapalnych, także tłustej
  • olej z pestek dzikiej róży: pomaga przy gojeniu, bliznowaceniach, delikatnie może rozjaśniać skórę
  • olej z kiełków pszenicy: super dla cery dojrzałej, mieszanej, suchej, podrażnionej, używany w kosmetykach gdzie walczymy z roztępami
  • olej i wosk jojoba: roślinne woski które dodatkowo chronią skórę,  olej jojoba wykazuje wysoką zgodność z ludzką skórą i ma możliwość penetrowania mieszków głosowych
  • masło shea: klasyk kosmetyczny, mocno odżywcze, regenerujące, tutaj oczywiście nierafinowane
  • nierafinowane masło kakaowe: bardzo, bardzo mocno odżywcze, uelastyczniające skórę (jest stosowane bardo często kiedy obawiamy się, że mogą pojawić się rozstępy). To ono nadaje pysznego zapachu!
  •  emulgator na bazie prawdziwego wosku pszczelego: to dzięki niemu krem ma “miodną” konsystencję (nie jest to wosk syntetyczny/pozyskany z ropy etc).
  • skwalan z oliwy z oliwek: wysoce zgodny z ludzką skórą, o mocnych właściwościach pielęgnujących
  • olej arganowy: klasyk nad klasykami w pielęgnacji skóry wymagającej i dojrzałej. Szczerze mówię, że dałam go tutaj akurat niewiele, bo moim zdaniem w zbyt dużych ilościach przesusza
  • olej babassu: uwielbiam, super pielęgnuje, daje fajny poślizg i uelastycznia skórę. To dzięki niemu w kremie znajdziesz drobne grudki
  • witamina E: nie tylko pomaga dbać o skórę, ale stabilizuje delikatne oleje
  • olejki eteryczne: lawenda, pomarańcza, copaiba. Dobrane tak, aby chronić i renegorować, ale równocześnie nie podrażniać.

Mazidełko jest bardzo wydajne, co jest dobre dla Ciebie, ale mniej dla mnie (szybko się nie zużyje i nie wrócisz po następne w mgnieniu oka, bo wystarczy cienka warstewka:)).

Co znaczy, że Alchemia jest wielofunkcyjna?

Kiedy sprzedałam pierwsze partie w przedsprzedaży, poprosiłam Klientki o napisanie, jak kremik się u nich sprawdza. Okazało się, że wpadły na wiele więcej zastosowań, niż sama bym wymyśliła!

Oto niektóre z nich:

  • super przesuszona skóra (uwaga, na początku możesz widzieć, że masz malutkie skórki – to dlatego, że krem je zmiękcza i zaczynasz widzieć przesusz, którego wcześniej nie widziałaś: połącz z delikatnym peelingiem)
  • skóra mocno podrażniona: wiatrem, zimnem, słońcem
  • tragicznie suche usta, czy to od pogody czy np. od wizyty u dentysty albo po długiej chorobie (np. kiedy boli gardło, człowiek mało przełyka i wargi bardzo mocno się suszą)
  • skóra poparzona: oczywiście nie na poparzenie bezpośrednio, ale kiedy zaczyna się goić
  • ma bardzo dużo składników, które pomagają przy ładnym bliznowaceniu
  • kiedy skóra się rozciąga (masło shea/olej wiesiołkowy/masło kakaowe to klasyki przy pięlęgnacji w przypadku rozstępów)
  • kiedy skóra puchnie (np. po wyrwaniu zęba spodziewasz się dużej opuchlizny, po której mogą zrobić się rozstępy)
  • kiedy masz suchy łokieć
  • albo Twoje dziecko potrzebuje kremu ochronnego na buzię
  • kiedy potrzebujesz rozmiękczyć skórki przy paznokciach
  • jako krem do masażu
  • na stwardniałe ranki (np. kiedy Twoje dziecko stłucze sobie kolano, już się zagoiło ale został strupek i on tak “ciągnie” skórę. Wiem jak to jest, bo ciągle plączące się nogi i guzy to historia mojego dzieciństwa;))
  • kiedy pogryzą Cię komary albo inne badziewa, żeby ładnie zregenerować skórę
  • coś, co testowałam dzięki pomysłowi Dziewczyn: olejowanie włosów Alchemią. Sama bym się nie odważyła i na to nie wpadła, jednak niektóre dziewczyny używają ją jako maskę regenerującą do włosów. Próbowałam na moich długich, szytwnych i zniszczonych (leżałam w sumie prawie dwa miesiące w łóżku, z krótkimi przerwami, nic dziwnego, że sie zniszczyły), włosach. Nałożyłam Alchemię od połowy w dół, poszłam sobie robić inne rzeczy, zmyłam po dwóch godzinach i rzeczywiście było lepiej!

Jak widzisz nie obiecuję Ci  Wiecznej Młodości czy Jednego Magicznego Triku, który rozwiąże wszystkie Twoje problemu, ale daję Ci do ręki konkretne narzędzie, które po prostu może się przydać w wielu banalnych, ale uciążliwych sytuacjach.

 

Czy mogę nałożyć Alchemię na buzię?

W przedsprzedaży pisałam, że jest to krem raczej „tłuścioszek” i ma być głównie ochronny oraz regenerujący. W skrócie: nie obiecuję, że będzie pasował akurat do Twojego typu cery.

Sama używam go z wielkim powodzeniem do twarzy (mam cerę normalną, ze skłonnością do przesuszu w strefie T i tym kremem wyprowadziłam się z potężnego, zimowego przesuszu), szyi oraz dekoltu. Szyja i dekolt są bardzo delikatne, często zaniedbane i mam wrażenie, że ladnie je uelastycznia.

Z mojego przeczucia oraz z tego, co pisały mi dziewczyny, krem nadaje się dobrze do skóry normalnej, suchej i, niespodzianka dla mnie, zwłaszcza dojrzałej (dostawałam maile, że skóra wręcz go „pije”).

Jest to dla mnie o tyle ciekawe, że dla mnie ten krem wchłania się „średnio szybko”. Niesamowite, jak bardzo różni się ludzka skóra: u jednych dziewczyn wchłaniał się błyskawicznie i prawie do matu, u innych – bardzo wolno.

Zgaduję, że im bardziej przesuszona skóra, tym krem szybciej się wchłania.

Ogólnie, jeśli masz na buzi tak mocny przesusz, że każdy krem z dodatkiem wody wywołuje u Ciebie pieczenie (jest to związane z uszkodzeniem naskórka), to duża szansa, że Alchemia Ci pomoże. Po kilku dniach stosowania na noc, nawet grubą warstwą, powinnaś zauważyć poprawę i móc powoli wrócić do kremów lżejszych.

Drobna uwaga: pamiętaj, że krem nie jest peelingiem. Przy bardzo suchej skórze zauważysz, że zaczynają pojawiać się „skórki”. Nie jest to oznaka, że krem przesusza skórę, ale że zmiękczył naskórek i teraz „skorupka”, która była w danym miejscu zaczyna odchodzić. Wtedy polecam robić regularne, delikatne peelingi.

Dodam też, że jestem zwolenniczką „odpoczynku od kosmetyków”, dlatego nie używam kremów codziennie, ale robię sobie co jakiś czas parę dni przerwy, żeby moja skóra zbytnio się nie przyzwyczaiła do jednego traktowania. Zdarza mi się nie używać kremów wcale:).

Uczciwie piszę, że nie noszę podkładu, więc kremu używam i na dzień i na noc.

Nie jest on sformułowany z myślą o twarzy (chociaż mam też taką formulację z tyłu głowy), ale ilość Waszych relacji, że dobrze sprawdza się na buzię, przekonało mnie, aby szerzej to opisać.

Uwaga! Nie używaj na buzię, jeśli masz skłonności do wyprysków czy zaskórników, krem zawiera masło kakaowe, które może je wywołać.

Alchemia jest jak miód

 

 

Jeśli otworzysz słoiczek z kremem zauważysz, że jest grudkowaty.

Na początku może się to wydawać kontrowersyjne, ale te drobne kuleczki to nic innego, jak perełki masła babassu, które błyskawicznie topią się na skórze. W zimie (liczyłam ze stoperem w ręku), zajmuje to nie całe dwie sekundy, wiosną i w lecie kuleczki topią się błyskawicznie.

Przyznam, że wprowadzenie takiego kremu na rynek wiąże się z dużym ryzykiem (dziewczyny pytały czy nie jest „zważony”), ale ja jestem tak bardzo przekonana do właściwości masła babassu, że nie było opcji, żebym z niego zrezgnowała. Nawet ryzykiem rzadko spotykanej konsystencji.

Dlatego też lubię porównywać Alchemię do miodu: przypomina skrystalizowany miód i podobnie jak miód, topi się pod wpływem ciepła.

Ma też bardzo przyjemną, miodną konsystencję, dzięki specjalnej formie wosku pszczelego (napiszę o niej innym razem): Cera bellina.  Wiem, że jestem jedyną osobą w Polsce, która używa w kosmetykach „legalnych” tego składnika i to właśnie dzięki niemu Alchemia ma taki przyjemny, jedwabisty poślizg.

Spotkałam się też z opinią, że te perełki wyglądają jak kawior: sama bym tego nie wymyśliła, ale przyznam, że bardzo mi się to porównanie spodobało:).

Konsystencja zmienia się delikatnie pod wpływem temperatury: krem możesz bez obaw przechowywać w temperaturze pokojowej, jednak nie zostawiaj go na rozgrzanym parapecie czy w rozgrzanym samochodzie.

Cera bellina! To nie włoski toast!

Cera bellina, czyli „piękny wosk”, to składnik, który spędzał mi sen z powiek przez prawie pół roku. Napiszę Ci o tym w poście opisującym kulisy powstania Alchemii. Teraz powiem tylko, że użyłam dość dużo olejku z  rozmarynu, zwiększającego koncentrację, żeby to jakoś psychicznie przejść. Kawa nie dawała już rady, zresztą zaczęłam mieć drobne palpitacje;), więc ratowałam się czym mogłam!

Wracając do tematu.

Cera bellina to jeden ze składników (mam takich kilka), co do których byłam i jestem zupełnie zafiksowana. Pierwszy raz usłyszałam o nim jeszcze przed napisaniem książki o kosmetyce naturalnej.

Wyobraź sobie, że ktoś Ci mówi, że jest forma wosku pszczelego która sprawia, że balsamy są miękkie, mają jedwabistą konsystencję, świetnie się rozprowadzają i dodatkowo ma właściwości ochronne wosku.

Jeśli masz doświadczenie z woskiem pszczelim wiesz, że utrudnia on rozprowadzanie mazideł na skórze i często bardzo je utwardza. Tymczaem Cera bellina to emulgator, który działa jak wosk, ale zachowuje się zupełnie inaczej.

<– dla niewtajemniczonych –>

Emulgator, to taka rzecz, która sprawia, że woda łączy się z olejem lub też nadaje specjalną konsystencję. Część nowoczesnych emulgatorów jest zatwierdzona do wykorzystania w kosmetykach naturalnych i może być pozyskiwana z różnych źródeł np. oliwy (słynny Olivem1000) czy właśnie wosku (Cera bellina)

<— Jeśli interesuje Was kosmetyka naturalna, zapraszam na warsztaty: najbliższe 27 maja u mnie pod Tarnowem, jutro więcej info –>

To Cera bellina nadaje Alchemii miodną konsystencję, dzięki niej tak ładnie się smaruje (dużo lepiej, niż „zwykłe” masła do ciała z masłem shea) i ogólnie byłam tak nakręcona, że prawie spod ziemi ten składnik wyciągnęłam.

Wiem też, że jestem jedyną osobą w Polsce, która używa tego emulgatora w swoich kosmetykach. Nie jest łatwy do pracy, nie jest tani, ale warto!

Alchemia odzwierciedla mnie

Jeszcze na koniec, ponieważ innym razem opowiem Wam, jak to było z tym kremem i ile przeszłam, żeby w końcu dojść do oficjalnej premiery:)

Kiedy zaczynałam swoją przygodę z „legalnymi” kosmetykami (czyli takimi, które mają pełną dokumentację, są przygotowane z zachowaniem wszystkich prodecur, oczywiście odprowadzam podatki etc.), bardzo się martwiłam: „Co ludzie powiedzą?”.

Obawiałam się opinii innych i na początku miałam taki etap, żeby tworzyć rzeczy, które są „modne” i może będą się dobrze sprzedawać. Bałam się też, że moje pomysły, na przykład serum do rąk z lanoliną , zostaną źle przyjęte, bo nie wpisują się np. w trend weganizmu (dodam od razu, że marzy mi się za rok oficjalna seria na bazie łoju wołowego, na super przesusze, także lanolina to lekki kaliber:)). Albo, że ktoś zarzuci mi, że używam rzeczy „nie rosnącej na drzewie” czyli na przykład witaminy E, skwalanu (jest pozyskany z oliwy z oliwek, a nie jest to prosto oliwa) czy jakiegoś emulgatora (z wosku czy z oliwy).

Szybko jednak stwierdziłam, że najważniejsze dla mnie jest to, żeby moje kosmetyki były autentyczne, czyli odzwierciedlały mnie taką, jaką jestem.

Nie mogę, a może inaczej, mogę ale nie chcę, zmieniać swoich preferencji. Nie chcę zmieniać tego, co mnie cieszy tylko dlatego, że komuś to się może nie podobać, albo oczekiwałby ode mnie czegoś innego (np. weganizmu, bo piszę dużo o roślinach). Nie chcę udawać innej osoby.

Alchemia jest autentyczna

Wierzę w oleje naturalne i olejki eteryczne, więc zawierają masę olejów.

Wierzę w wartość olejów nierafinowanych, więc je wkładam do kremu, mimo, że wiem, że zapach może być dla niektórych nieprzyjemny początkowo (gorzkie kakao plus kwas rokitnika robi swoje:)), albo że „zaginie” w nim zapach olejków eterycznych (nierafinowane oleje mają bardzo intensywny aromat).

Wiem, że olej babassu jest dobry, więc wolę poświęcić czas na wytłumaczenie, że te grudki są „normalne”, niż z niego rezygnować.

Używam substancji pochodzenia zwierzęcego, na przykład lanoliny czy wosku pszczelego, wierzę w ich skuteczność, więc będą w nich takie składniki.

Uwielbiam nowinki naukowe, więc jeśli znajdę jakiś ciekawy ekstrakt, składnik czy emulgator pochodzenia naturalnego, to nie cofnę sie przed jego używaniem (teraz na przykład będę pracować nad kremem gemmoterapeutycznym z ekstraktem z pączków i testuję emulgatory, których nikt w Polsce jeszcze nie używał, na bazie cukru oraz .. lecytyny. Bo mnie interesują i tak:)).

Jestem osobą lubiącą rodzime gatunki i wierzącą (to nie tylko kwestia wiary, ale też wielu rozmów) np. w moc maceratu dziurawcowego, więc mam go w składzie. Wiem, że wiele osób kojarzy dziurawiec z fototoksycznością i mogę stracić kilku klientów przez to, ale wiem też, że forma, której używam nie jest fotouczulająca i wiem, że dziurawiec jest super, więc będę go używać.

Równocześnie fascynują mnie ekstrakty i rośliny ze wszystkich stron świata, więc jeśli uznam, że jakiś olejek jest wart dodania (np. copaiba: świetna na rany i generalnie regenerująco dla skóry), to go dodam, mimo, że zawsze znajdzie się ktoś, kto powie, że powinnam używać tylko rodzimych gatunków. To prawda, mogę, ale nie muszę, a między móc a musieć różnica jest ogromna.

Właściwie wprowadzając Alchemię dużo ryzykowałam: niecodzienny zapach oraz konsystencja, dużo super olejów (co dla mnie oznacza, że jest drogie w produkcji, ale wolę mieć mniejszy zysk, niż iść na kompromisy), forma wosku pszczelego.

Czy słusznie?

Z mojej perspektywy tak, ponieważ skoro już się opracowałam to nad czymś, co mi po prostu odpowiada, czego używam na codzizeń ja, moja siostra i moja Mama, więc przynajmniej mamy dla siebie duży zapas:).

Czy moje obawy były słuszne?

I tak i nie. Jeśli chodzi o publiczne komentarze, były dość wyważone (liczę się z tym, że przez trzymanie się swoich wewnętrznych preferencji, moje kosmetyki nie będą dla kogoś fajne, ma do tego pełne prawo, chociaż ja tam uważam, że są fajne, nawet z lanoliną, tylko po prostu nie fajne dla każdego:)).

Po wprowadzeniu serum do rąk dostałam  też kilka dość ostrych maili, dotyczących tego, że nie szanuję wegan.

Czy na pewno?

Uważam, że jeśli w moich kosmetykach każdy składnik ma jakąś funkcję i miejsce (np. lanolina), to oznaką szacunku jest to, że staram się szukać wegańskiego zamiennika i dopóki go nie znajdę, nie „wciskam” nikomu substytutu, z którego sama nie byłabym zadowolona. Po prostu nie mam tej wersji i tyle. W moim świecie wartości (które często przyznaję, nie pokrywają się z potocznym rozumieniem społeczeństwa jak życie powinno wyglądać), to jest właśnie szacunek, a nie robienie czegoś „na siłę” albo z obawy, że stracę część klientów, albo ktoś mi powie, że jestem niemodna/nienowoczesna/głupia.

Jest wiele wegańskich opcji, niedługo planuję też coś ciekawego dla wegan (będą wcierki do włosów, wspomagające ukrwienie skóry głowy i zdrowie mieszki włosowe!), natomiat jednego możecie być pewni: jeśli uznałam gdzieś, że przy tej konkretnej recepturze nie mogę znaleźć odpwoiedniego zamiennika, to znaczy, że jeszcze go nie znalazłam:-).

Żeby było jasne, ja zupełnie rozumiem, że ktoś nie używa pewnych składników i od razu jasno mówię, że u mnie są takie i takie, żeby nie marnował czasu na coś, co nie jest zgodne z jego preferencjami. Rozumiem też, że jeśli mam jakąś wizję, to muszę liczyć się z krytyką i wziąć za to pełną odpowiedzialność.

Piszę to jednak po to, żeby zachęcić Was do robienia rzeczy zgodnie ze sobą. Moim zdaniem dla każdego znajdzie się miejsce: dla wegan, dla paleo, dla osób lubiących kosmetykę klasyczną (w sensie taką niekoniecznie naturalną, ja tam za nikim nie chodzę, kto używa „konwencjonalnych” kremów i nie mówię mu, że źle robi: wolność osobista przede wszystkim), natomiat jeśli coś robicie i wkładacie w to czas, serce i energię, to róbcie to tak, żeby po prostu być zgodnymi ze swoją wizją.

 

Wasza wizja to bycie vege? Trzymajcie się tego i miejscie w nosie głupie żarty w stylu „jesz trawę, he, he” albo „ale głupio, nie jecie miodu”. Wasza wizja, wasza sprawa. Wtedy, nawet jeśli coś pójdzie nie po Waszej myśli (a może pójść maasę rzeczy), będziecie wiedzieć, że to nie był czas i wysilek stracony, że próbowaliście najlepiej jak potraficie i byliście w tym autentyczni.

Jeśli wolno i świadomie wybierzesz jakąś drogę (a tego każdemu życzę): styl życia, religię, wiarę/niewiarę, dietę, pogląd na świat, to częścią odpowiedzialnośći za własne życie jest jej wspieranie i akceptacja tego, że jesteś taką, a nie inną osobą.

Nie daje to nikomu patentu na nieomylność czy poczucie wyższości, ale naprawdę, nie warto się wstydzić tego, jaki/jaka jesteś. To po prostu Ty i tyle.

Nigdy wstydź się tego, kim jesteś*.

(* chyba, że jesteś seryjnym mordercą, to się wstydź jednak, zmieniam zdanie:)).

Każde udawanie kogoś innego, wcześniej czy później wychodzi na jaw i po prostu nie przyczynia się do wzrostu i rozwoju osobistego. Nigdy nie będziesz w stanie spełnić wszystkich wymagań innych ludzi: nawet najbliższych, tych, których kochamy, a co dopiero obcych osób.

Jedyne, co można robić, to starać się poprawiać własne standardy, rozwijać się i po prostu zaakcepować siebie. Brzmi banalnie i jak klisza z magazynu dla nastolatek, ale w praktyce to łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić.

Ponieważ proces tworzenia Alchemii baardzo się przedłużył, zarówno przez czynniki losowe jak i moją długotrwałą chorobę, postanowiłam, że nadal kupując kremik dostaniesz ode mnie prezent: olejek z czerwonej pomarańczy, który sprowadziłam specjalnie na tę okazję.

Krem znajdziesz w moim sklepie interentowym: o, tutaj.

ps. 27 – 28 maja odbędą się w moim domu warsztaty kosmetyczne, jutro ogłoszę plan, zapraszam!:)