Moja nowa sypialnia! Zajrzyj za kulisy:-)

Dzień dobry,

Dziś chciałam Was zaprosić do specjalnego postu  z serii postów remontowych, zaś szczególnie do mojej sypialni. Kiedy remontowałam dom z myślą o biurze, został mi jeden pusty pokój. Całkiem spory, około 18 metrów kwadratowych. Był to pokój, w którym zawsze mieszkałam, kiedy na studiach odwiedzałam moją Babcię. Miałam tam starą, ale wygodną kanapę (o czym później) oraz trochę rzeczy, które dawniej zgromadzili tu moi Rodzice.

Długo się zastanawiałam: remontować, kiedy nie mam jeszcze nawet ciepłej wody w domu, czy nie? Stanęło na: „Nie czekamy i robimy wszystko za jednym zamachem!” i to była bardzo dobra decyzja. Co prawda w między czasie mieszkałam bez wody (jakiś czas tylko z wodą ze studni;)), potem bez ciepłej wody i po ciemku, potem bez ogrzewania, ale było warto!

Ten post piszę dla Was właśnie z sypialni, na biurku, które ma jakieś 80 lat i powstało ze stołu mojej sąsiadki, ocalonego w ostatnim momencie przed spaleniem. Tam, gdzie jeszcze kilka miesięcy temu były ułożone w nieładzie, stare meble i baloniki po imprezie sylwestrowej zorganizowanej przez moją Siostrę, rosną sobie kwiaty.

Jeszcze nie wszystko jest gotowe na 100%, ale muszę powiedzieć, że czuję się naprawdę dobrze!

Ps. Ten wpis powstał przy współpracy ze Sleep Eve, producentem świetnych (naprawdę) materacy. Z tego też powodu nie umieściłam go wcześniej. Nie wyobrażam sobie testować i wyrabiać sobie opinii na temat czegokolwiek przez kilka dni czy tygodni.

Od razu dziękuję mojej Siostrze, za przygotowanie zdjęć (zdjęć mnie). Jak widzicie, są to rzeczywiste zdjęcia, wiecznie poobijane nogi od łażenia po polu i takie tam :-).

 

Główne założenia remontu

Zielono mi

 

Przede wszystkim wiedziałam, że potrzebuję koloru. Jeśli śledzicie kolejne odsłony remontu wiecie, że postawiłam między innymi na turkus. Wydaje mi się, że potrzeba ogólnie mocnych kolorów jest widoczna ostatnio nawet w serii moich kosmetyków, gdzie na przykład wszystkie etykietki magnezu transdermalnego wchodzą w niebieskości.

Tutaj zdecydowałam, że mam mocną potrzebę zieleni. Niektórzy na Facebooku sugerowali mi fototapety (np. z lasem). Wiem, że fototapety są teraz bardzo dobrej jakości, natomiast jestem osobą, która lubi prawdziwe rzeczy. Chcę mieć las, to się wybiorę tam fizycznie. Zależało mi też na tym, żeby w sypialni (troszkę połączonej z miejscem do pracy, mam tutaj w końcu biurko i laptopa) było dość harmonijnie i spokojnie. Z natury jestem bardzo chaotyczna i miałam potrzebę bardzo spokojnych, prostych wzorów.

Zielona ściana jest tylko jedna i jest to pierwsza rzecz, którą widzę po przebudzeniu. Oprócz oczywiście ekranu telefonu i próby wyłączenia kolejnego budzika, który nastawiam sobie co pięć minut.

Akurat ten odcień jakoś idealnie współgra z moją osobowością. Jest wyrazisty, spokojny, głęboki i nadal przyjemny. Dla mnie jest idealny i od razu wiedziałam, że chcę taki ciemny i leśny.

Uprzedzając pytania: jest to kolor z mieszalnika. Nie znalazłam ani jednego producenta, który oferowałby „gotowy” odcień tego typu (np. jest gotowy turkus, ale właśnie ta zieleń: niekoniecznie). Na początku na ścianie wyszedł bardzo, bardzo ciemny i byłam dość przerażona (okey, jedno to jest las, a drugie las z horrorów!), natomiast po wyschnięciu i nałożeniu drugiej warstwy jest bardzo ładnie. To znaczy dla mnie.

Stolik, który widzicie, pochodzi ze starego domu sąsiadki: nowi sąsiedzi chcieli go po prostu spalić, natomiast powiedzmy, że pojawił się odpowiedni człowiek w odpowiednim czasie AKA moja Mama :-). Nogi były bardzo przeżarte przez kroniki, ale góra całkiem w porządku! Teraz służy mi za biurko numer dwa.

„Magda, nie rób mi zdjęć jak jem przy komputerze, tak się nie robi!”

„Ale Ty cały czas jesz przy komputerze!”

I taką mam siostrę…;-)

Wielu moich znajomych było sceptycznych co do wyboru koloru i proponowało pastele (zawsze piękne i uniwersalne, żeby było jasne!), jednak kiedy sama się do czegoś przekonam, nie ma siły, która by mnie od tego odciągnęła.

Dodam od razu, że może tego tutaj nie widać na zdjęciach, natomiast ściana ma naturalną fakturę. Nie chciałam w żaden sposób jej wyrównywać. Wiem, że niektórych takie ziarnistości mogą denerwować, jednak dla mnie jest to tylko świadectwo historii domu. Poza tym lubię, jak układa się na nich światło: faktura nigdy nie jest nudna.

 

Ups! Odpadł tynk

Podczas przygotowywania ścian do malowania (bo oczywiście to nie jest tak, że malujemy na „żwyca” na starym kolorze, trzeba co nieco zagruntować) okazało się, że odpadł fragment tynku przy grzejniku. Całkiem spory.

Co robić, co robić?

Normalny, porządny człowiek, pewnie poszedłby sobie do sklepu po odpowiednie narzędzia i zaszpachlował.

Ja jednak pomyślałam, że to w sumie całkiem przyjemny przypadek!

Na początku skojarzył mi się od razu z piwniczkami po winie, więc mówię do Mamy:

„Kupimy tam taką szafkę do wina stojącą, nie będzie nic widać, tylko w tle jakby mur, będzie fajnie”.

Dodam tutaj, że nie jestem winnym koneserem, więc na pewno nie trafiłyby tam jakieś super drogie, wytrawne wina, wymagające przechowywania w lodówce.

Potem jednak moja Mama ustawiła tam nazwijmy to „stolik” (stara deska do fotografii +  stojak z Ikea na metalowe kosze).

Popatrzyłam na to, popatrzyłam i postanowiłam położyć na nim samodzielnie wykonany „pejzaż ze słoja” i cytrynit. Mam „zajawkę” na minerały, więc naturalne kamienie zdobią różne części mojego domu.

Dziura w ścianie z bliska :-)

Nawiasem mówiąc, jeśli chcielibyście zobaczyć moje rośliny dajcie znać w komentarzach! Mam kilka ciekawych okazów, dzbaneczniki i inne takie.

Zostawiamy możliwie dużo oryginalnego charakteru wnętrza

Chciałam też zostawić możliwie dużo oryginalnego wystroju, natomiast równocześnie wnieść dużo świeżego powiewu. Na szczęście styl industrialny jest teraz „na topie!”, więc nie musiałam się martwić o wystające rury czy ewentualne dodatki, można je znaleźć z dużą łatwością.

Nie wiem czy to dobrze wyjaśnię, natomiast chciałam zostawić część oryginalnych mebli, ale nie chciałam, aby moja sypialnia była „PRLowskim skansenem”. W takim stylu dom był urządzony kiedy żyli moi Dziadkowie i pomimo całego sentymentalizmu, potrzebowałam nowej, świeżej przestrzeni. Może po to, żeby symbolicznie zacząć coś nowego albo zaznaczyć „swój teren?”.
Myślę, że się udało!

Na początku sypialnia wyglądała tak:

Z boku zestaw wypoczynkowy (wybaczcie, ale nie chciałam go specjalnie odkrywać, bo wszędzie fruwał kurz) oraz meblościanka. Jak zauważcie, jest to bardzo ciekawa meblościanka, dość rzadko spotykana, nawet na PRL. Prosta oraz jasna, należała do mojej Mamy.

  Zajmowała (jak to meblościanka) całą ścianę i byłam pewna dwóch rzeczy:

  1. Chcę ją zostawić, chociaż po części: może tego nie widać, ale akurat te meble są bardzo, bardzo solidne i dobrej jakości. Wiem, że nawet gdybym dysponowała dodatkową gotówką (a wiadomo jak jest przy remoncie, skarbonka bez dna) to trudno byłoby mi znaleźć porządne meble tej jakości teraz.
  2. Chcę je w kreatywny sposób wykorzystać i „rozbić”. Chcę, żeby było inaczej. Meblościanka była tutaj przez 30 lat z okładem, więc czas na coś nowego!

Po kilku dniach zastanawiania się, zdecydowałam, że zostawiam szafy (wymagają jeszcze dostosowania wnętrza, kupienia wysuwanych koszy etc) oraz dolną nadkładkę.

 

Początkowy pomysł  był taki, aby szafami odgrodzić powierzchnię sypialną, jednak bardzo blokowały światło i nie czułam się dobrze z tym zestawieniem. Lubię jasne przestrzenie.

Szafy więc poszły grzecznie pod ścianę, natomiast nakładkę wykorzystałam do zrobienia sobie „stoliko-łóżka”.

Łóżko, najważniejsza część sypialni!

Nie ma co się oszukiwać, sypialnia bez porządnego łóżka, to żadna sypialnia. Mając na myśli łóżko, myślę głównie o materacu. Samą ramę postanowiłam przygotować budżetowo, czyli po prostu z palet.  To i tak był dość spory awans, ze stanu wcześniejszego, który wyglądał tak jak niżej.

Żeby nie było, nie krzywdowałam sobie, bo akurat było dość wygodnie, dopóki się pod plecami nie zaczęły rozchodzić pufki;-)

Nie powiem, żeby te poduchy na których spałam były niewygodne (do tej pory je rozkładam, kiedy ktoś przychodzi w gości), natomiast czasami można mieć dość rozsuwających się pod plecami części.

Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz

Dochodzimy tutaj do sedna sprawy, czyli super materaca.

O tym jak ważny jest dobry materac przekonałam się dawno temu, już jako małe dziecko. Bardzo dużo chorowałam, w czwartej klasie więcej czasu spędziłam w łóżku niż w szkole. Wtedy jeszcze nikt za bardzo nie wiedział co to jest alergia (pamiętam, jak  praktycznie nie mogąc oddychać musiałam ćwiczyć na WFie na piaskowym boisku, oczywiście po kilkunastu minutach kończyło się tak, że schodziłam na ławkę, nadal w pyle), astmę u dzieci diagnozowano bardzo rzadko. Leżałam nafaszerowana sterydami, Zyrtekiem, ciągle odksztuszając i próbując złapać oddech.

To nie była choroba na „jeden tydzień”, ale ciągnęło się naprawdę miesiącami, co roku. Plus był taki, że czytałam bardzo, bardzo dużo książek: „Władca Pierścieni” za jednym zamachem? Dlaczego nie. Winnetou, wszystkie części? Proszę bardzo. Nie wiem na ile pamiętacie, ale w ubiegłym tysiącleciu w telewizji były trzy kanały na krzyż, więc raczej nie można było liczyć na tę rozrywkę.

Rodzice kupili mi wtedy łóżko, jakieś piankowe (w dobrej wierze), jednak zupełnie nie miałam ochoty na nim spać. Właściwie cały czas spałam na takiej starej, sprężynowej wersalce z PRLu, którą mieli moi Dziadkowie. Co ciekawe, używałam jej właściwie do połowy tego roku. Oczywiście nie w takiej formie, to jest zdjęcie przed wyniesieniem :-).

Nie mam pojęcia ile miała lat, ale jeśli z 50 to bym się wcale nie zdziwiła.

 

 

Dodam do razu, że było to o niebo wygodniejsze łóżko, niż to na którym spałam na studiach. Była to taka sofa, ze śliskiego materiału, z charakterystycznym „zgięciem” w połowie. Człowiek wpadał w to w środku nocy. Po jakimś czasie przyszła pora na zmianę: wybawieniem wydawała się składana sofa z IKEA (jedyna, jaka pasowała w to miejsce po wyrzuceniu kanapy). Niestety, po trzech miesiącach człowiek budził się nie wyspany, bo ta dla odmiany, miała przecięcie prosto pod kręgosłupem. Także zdecydowanie, stara wersalka była naprawdę najwygodniejszym łóżkiem, jakie miałam do tej pory.

Kiedy przygotowywałam remont biura, pomyślałam sobie: co tam, zrobię sobie od razu w jednym pokoju sypialnię.

Wiedziałam, że chcę ją przygotować dość szybko i wiedziałam też, że na jednej rzeczy nie będę oszczędzać i będzie to z pewnością materac. Mogę nie mieć dobrego łóżka (w sensie porządnej ramy), ale materac musi być.

Wiedziałam też konkretnie jaki.

Materac Sleep Eve

Dodam tutaj, że ten wpis jest o tyle szczególny, że powstał przy współpracy ze Sleep Eve, renomowaną firmą, tworzącą materace. Tak się złożyło, że w momencie kiedy byłam „na kupnie” (i tutaj dodam, że dokładnie tego materaca), udało się go przetestować. Dlaczego nie pisałam o tym wcześniej? Dlatego, że nie wyobrażam sobie testu, który trwałby kilka dni czy nawet kilkanaście.

To jest produkt, o którym marzyłam odkąd zobaczyłam go pierwszy raz w Internecie. Z pełną odpowiedzialnością powiem, że gdybym nie weszła we współpracę z tą marką, zakupiłabym go i tak bez wahania.  Jest to bardzo, bardzo dobry materac, który z czystym sercem polecam i który przetestowałam mogę powiedzieć w warunkach „bojowych”.

Kto

Kto wie ten wie, kto nie wie, ten nie musi wiedzieć aktualnie, ale tak się złożyło, że w lecie, kiedy do mnie dotarł (swoją drogą to naprawdę niesamowite, w maleńkim, maleńkim, jak na ten wielki materac, pudełku, on się niesamowicie rozkłada!), bardzo źle czułam się przez kilka tygodni. Prawie trzy tygodnie, ponad 15 – 17 godzin dziennie spędzałam w łóżku. Nie powiem, żeby psychicznie był to dla mnie jakiś dobry moment, natomiast materac sprawdził się wzorowo. Nie odczuwałam absolutnie żadnego dyskomfortu fizycznego (przynajmniej z powodu materaca), pomimo, że leżałam na nim plackiem godzinami.

Tutaj taka drobna uwaga, nie związana z tematem: dziewczyny, jeśli kiedykolwiek z powodu złamanego serca planujecie leżeć plackiem godzinami, to bądźcie mądrzejsze niż ja i zabezpieczcie sobie włosy. Jakimś czepkiem, olejkiem, czymkolwiek. Ja od tej „przygody” („dawno temu i nie prawda”;)) mam bardzo zniszczone włosy (fizycznie, od tarcia).  Nie warto. Czytałam wiele różnych książek w tym czasie, ale tego kaganka oświaty nikt mi nie przyniósł :-)

Teraz już jest lepiej, natomiast jakiś miesiąc temu było niestety dość widoczne. Powinni sprzedawać takie zestawy: wino + nutella + czepek na włosy.

W niejednym miejscu spałam: od karimat, przez łóżka w gruzińskich przybytkach, bo „ultra wygodne” łóżka w czterogwiazdkowych hotelach. Wiecie, takie gdzie na wielki materac nakłada się jeszcze dodatkowo maty, mające poprawić sen.

Na marginesie. Dlaczego moje nogi wyglądają jak wyglądają ;-)

 

 

 

Ten materac jest fenomenalny, z jednego, prostego powodu: nie czujesz go. Po co kupować materac, który nie jest ani miękki, ani twardy, ani nawet średnio twardy?

Argument jest bardzo prosty: dobry materac (według mnie) to jest materac, który Ci po prostu nie przeszkadza spać. Ja osobiście wolę twardsze materace, nie takie puchowe, na których się wręcz zapadam, natomiast ten jest po prostu.. W sam raz. Nie interesuje mnie jaką ma twardość (odpowiednią), dopóki po prostu pasuje do mnie.

Zrobili go z jakiejś magicznej pianki, która sprawia, że pasuje do każdego. Nie ważne czy jest to moja siostra (tak, robimy sobie czasem babską noc i śpimy razem), czy moja leciutka kuzynka.  Ostatnio z tego co mi wiadomo, Jest dobry dla każdego.

Materac jest zaskakująco duży i wysoki (chyba takie lubią Brytyjczycy) i po rozłożeniu tak śmiesznie się powiększa. Trudno w to uwierzyć, ale przyszedł w naprawdę niewielkim pudle (tym na dole, macie porównanie z pudełkiem po poduszkach). Mówimy o materacu, który ma wymiary prawie dwa na dwa metry.

 

Dopiero po około dwóch dniach „dorasta” do pełnych rozmiarów, jednak oczywiście tyle nie czekałam, bo tak bardzo chciałam już spać na czymś normalnym, że kilka centymetrów mi nie robiło różnicy ;-).

Wybrałam  bardzo duże łoże (180 X 200 cm, czyli chyba queen size, odbiłam sobie za te wszystkie lata w kawalerce, a co;)) i można się na nim położyć praktycznie w poziomie czy w pionie, spokojnie trzy osoby się zmieszczą, natomiast są też oczywiście inne rozmiary. Ostatnio z tego co mi wiadomo, spała na nim moja siostra z czterema innymi koleżankami (tak, kiedy mnie nie ma to chata wolna;-)), więc dobrze, że wybrałam większe. Mają materace nawet do 220 centymetrów szerokości, jednak kiedy z ciekawości sprawdziłam sobie ile to jest, zająłby mi większą część sypialni.

Jedną rzecz, którą polecam na 100%, to dokupić od razu taką nieprzemakalną „ochronkę”. Materac sam w sobie wygląda pięknie i do zdjęć oczywiście pokazałam go z charakterystycznym, żółtym rantem, ale w praktyce piękny, żółto – biały kolor wieczny nie będzie. Zwłaszcza, jeśli macie rodzinę/kota/psa.

Ten żółty rancik wygląda ładnie, natomiast w praktyce długo piękny nie pobędzie i lepiej jest to zakryć specjalną ochronką. Jak widzicie na dole są po prostu palety. Jedyny minus tego rozwiązania jest taki, że co jakiś czas trzeba je niestety rozsunąć, żeby wyciągnąć gromadzący się kurz. 

Jest to najlepsza inwestycja jaką mogłam poczynić w mieszkaniu we własny komfort (oczywiście nie liczę ogrzewania, ciepłej wody etc.) i musze powiedzieć, że ten materac jest praktycznie cały czas okupowany, kiedy mam gości.  Jeśli jesteście na kupnie, to naprawdę warto go rozważyć. Gdybym miała taką potrzebę, kupiłabym drugi tej samej firmy bez wahania i wolałabym oszczędzić na łóżku i położyć na paletach, a mieć porządne podparcie.

Do materaca można dokupić poduszki, również bardzo wygodne i niczego mniej się po nich nie spodziewałam.

Jak widzicie, jeszcze brakuje mi zagłówka.

Miałam już różne poduszki, od gryczanych (są świetne, jednak moim zdaniem nie na dłuższą metę i najczęściej używam ich do siedzenia, pod nogi), przez specjalnie profilowane pod szyję (wiecie, z taką „fałdą”), po poduszki z gęsiego puchu, robione przez moją Babcię (mam je nadal w jednej z szaf). Do tych ostatnich mam oczywiście sentyment, natomiast te są pierwszymi, po których nie czuję, żebym miała sztywny czy czasem nawet bolący kark. Myślę, że to jest kwestia akurat mojego spania w nocy, po prostu często zmieniam pozycję.

Ten materac był absolutnie pierwszą rzeczą, jaką chciałam mieć i byłam zdeterminowana: choćbym miała spać w gołych ścianach (jakby mi to robiło jakąś różnicę po takim czasie ..;-)), materac chcę mieć porządny.

Troszkę ozdób..

Do łóżka dorobiłam sobie „stoliczek” z rzeczonej meblościanki. Właściwie, był to pomysł mojej Siostry. Podstawkę do meblościanki wyczyściłyśmy i wymalowałyśmy boki i wierzch farbą tablicową. Może tego nie widać, ale na blaciku ułożone są szklane panele, pod którymi sezonowo układam sobie różności. W lecie paprocie, teraz wymienię na jesienne liście. Służą też jako podstawka do świec. Świec mam sporo, ponieważ akurat eksperymentuję z różnymi zapachami z olejkami eterycznymi.

Stoliczek służy mi tez na za stoliczek kawowy, podkładkę na książki oraz na kwiaty.

Jak widać, witrynka jeszcze czeka na zapełnienie ..

Kwiaty to zupełnie inna historia, ponieważ troszkę mi czasu zajęło (i jeszcze nie jest to dokończone), żeby odtworzyć mikroklimat roślinny.

Jedyna rzecz, której mi teraz brakuje w tym miejscu, to zagłówka. Na zimę, kiedy dorwę kogoś kto ma czas i wiertarkę, zamierzam tam nawiercić po prostu parę gładkich desek. Lubię czytać w łóżku, zwłaszcza tak wygodnym i jednak zagłówek się przydaje.

Powoli, powoli

Jeszcze jedno założenie, które mi przyświecało to… nie spieszyć się. Tak jest w wielu miejscach mojego domu. Wolę mieć „gołą” żarówkę i poczekać, aż wpadnie mi w oko jakiś fajny kinkiet, niż kupować „na siłę”.

Aczkolwiek tutaj żyrandol (tak to się nazywa?) nasunął się sam.

To jest żyrandol, który pokazywałam Wam w lutym: moi Dziadkowie dostali go w prezencie od rodziny zza granicy dawno, dawno temu. Może 50, może 60 lat? Przez długi czas wisiał u nich w saloniku, potem wymieniliśmy go na coś nowego, ale nikt nie miał serca wyrzucić starego żyrandola..

I wiecie co, moim zdaniem pasuje jak ulał! Jedyny problem jest taki, że nie wiem do końca jak go doczyścić. Na niektórych „płatkach” jest odrobinka jakby.. żywicy, która powstała przez te wszystkie lata i nie mam za bardzo pojęcia jak sobie z tym poradzić, bez zniszczenia żyrandola..

Wiem, że jest jeszcze sporo rzeczy do dopracowania.

Na przykład pionowa komoda (na razie jest pusta, czekam na inspirację) czy kącik po lewej. Układam w nim po prostu czerwoną walizkę, z którą ciągle podróżuję i książki, które akurat przeglądam. Może kiedyś go jakoś zagospodaruję, ale nie mam presji, żeby zrobić to od razu i teraz.

Po pierwsze to jednak sypialnia, czyli w sumie prywatne miejsce (u mnie takie troszkę pół prywatne, bo przyjmuję tutaj rodzinę i przyjaciół na kawę, pracuję troszkę, czytam, moja siostra czasem urządza nocne posiadówy z koleżankami..), więc nie musi być idealnie, a  po drugie, kto powiedział, że wszystko musi być od razu zrobione?

Jestem pewna, że gdybym zaprosiła ekipę remontową, która zrobiłaby wszystko w dzień albo dwa i wpadła do Ikea po meble „od sufity do podłogi”, kupione za jednym zamachem, nie byłoby tutaj połowy rozwiązań, które są teraz.

Może niekoniecznie modne, ale moje

Jeszcze raz, bardzo cieszę się, że akurat styl industrialny jest na topie. Dzięki temu nie muszę się na przykład martwić, że zostawiłam żeliwne grzejniki i rurę (do czegoś, pewnie się wkrótce dowiem, bo znając moje szczęście, coś się zaraz zepsuje), mam też duży wybór pasujących dodatków, takich jak słój z kwiatami.

W moim wypadku to nie jest kwestia mody: to, że wzory kwiatowe i zwierzęce, są teraz „na topie”, przypadkowo (w końcu!) zgrało się z moim naturalnym gustem i preferencją i bardzo się z tego cieszę!

Jak się Wam podoba?

Podobał Ci się ten wpis? Podaj dalej!

Written By
More from admin

Indyjskie bakalie na Święta – ladoo.

Dzień dobry, Święta tuż, tuż i jakby na zamówienie w Krakowie spadł...
Read More

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *