Ja też się boję, czyli o tym jak znalazłam się w Omanie

Środek nocy na przedmieściach Dubaju. Gdzie okiem sięgnąć, dopiero co wznoszone wieżowce. Las dźwigów czeka, aż Hinduscy robotnicy rozpoczną poranną zmianę. Błyszczące Audi A6, którym jadę, wyraźnie zwalnia i  zatrzymuje się na siedmiopasmowej autostradzie. Kierowca w białej koszuli wyłącza radio, w którym właśnie leci “Private dancer” Tiny Turner.  Wyciąga telefon i zaczyna nerwowym głosem mówić coś po arabsku. Po kilku minutach wysiada bez słowa i otwiera drzwi bagażnika.

Nie bardzo wiem gdzie jestem. Wiem tylko, że to Dubaj, jestem bardzo zmęczona i jak najszybciej chcę się położyć spać. Przypominam sobie, że wszelkie statystyki mówią, że to miasto jest jednym z najbezpieczniejszych na świecie i zamówiłam taksówkę w uznanej korporacji.

Przez głowę przebiegają mi różne, mniej lub bardziej absurdalne myśli. Wiem, że są absurdalne, ale nie mogę się ich pozbyć.

To tylko jedna z wielu nieprzewidzianych sytuacji, z którymi spotykam się podczas swoich wyjazdów.

Kiedy  po kilku tygodniach wracam do domu (cała i zdrowa, co najwyżej z uszczuplonym budżetem), moja przyjaciółka pyta mnie:

Hej Klaudyna, czytałam co Ci się przydarzyło. Jak Ty to robisz, że się nie boisz? Ja może bym tak chciała pojeździć jak Ty, ale wiesz… boję się. 

Sprawa polega na tym, że… ja też się boję.

Często słusznie.

Notorycznie gubię siebie, dokumenty, pieniądze. To cud, że nie zgubiłam młodszej siostry, kiedy miała jeszcze poniżej 130 centymetrów wzrostu.

Myślę, że jestem odważna, bo w końcu robię rzeczy, na których naprawdę, naprawdę mi zależy (albo intuicyjnie czuję, że są właściwe).

Nie oznacza to jednak, że się nie boję. Staram się, żeby strach mną nie kierował, bo wiem, że wtedy ominęłoby mnie wiele świetnych rzeczy.

Jak chociażby wyjazd do Omanu, który na pewno nie odbyłby się (a na pewno nie w takiej skali), gdybym nie wykazała się minimum odwagi i nie wierzyła w prawo przypadku.

Jak tu się znalazłam?

 

„Klaudyna, a może przyjechałabyś do Omanu?”

Gosię poznałam dzięki …  liście mailingowej.

[Dokładnie tej samej, do której się możesz zapisać tutaj. Jeśli otrzymujesz moje e-maile, jesteś na tej liście. Jeśli nie, możesz do niej dołączyć.]

Pierwszy raz napisała do mnie w 2015 roku.

Pamiętam, że przeczytałam jej e-mail, ale byłam w bardzo złym stanie psychicznym i nie dałam rady odpisać. Po kilku miesiącach mail się zagubił, ale gdzieś w głowie wciąż mi kołatało, że pisała do mnie dziewczyna, która mieszka w Omanie, i że chcę się z nią skontaktować.

Wiesz jak to jest, mail się zagubił, ale od czasu do czasu powracała myśl, żeby go „odkopać”.

Możesz sobie wyobrazić moje zdziwienie, kiedy po Facebookowym Live o kadzidłach, do mojej skrzynki wpadł mail.

„Cześć, nie wiem czy mnie pamiętasz…”

„Pamiętam.”

„Wiem, że uwielbiasz kadzidła i wiem, że to brzmi jak zaproszenie psychopatów, ale może chciałabyś przyjechać do nas do Omanu? Co prawda tutaj, na północy nie rosną drzewka kadzidłowe, ale jest dużo żywicy… Zrozumiem, jeśli nie będziesz mieć ochoty”.

Odpowiedziałam jednym zdaniem:

„Na kiedy zakupić bilet?”

I tak po prostu się stało.

„Kiedyś, czyli nigdy”

Slider

 

Gdyby nie zaproszenie Gosi, wyjazd byłby w kategorii „kiedyś”.

Tak, „kiedyś” chciałam zobaczyć Boswellia carterii/sacra (to drzewko, z którego pozyskuje się kadzidło), ale widocznie potrzeba ta nie była dla mnie wtedy na tyle istotna, żeby ją zrealizować. Jeśli czegoś naprawdę, naprawdę chcesz i masz ku temu obiektywne możliwości, to robisz to, tak po prostu.

Być może też, nie byłam jeszcze gotowa.

W porządku jest nie korzystać z każdej okazji, która nadarza się w życiu, jeśli czas jest dla nas nieodpowiedni. Naprawdę w porządku i nie ma co bić się po głowie. Wiele rzeczy przychodzi dopiero wtedy, gdy jesteśmy na nie gotowi i otwarci.

Zobacz, kiedy pierwszy raz padła propozycja, byłam w takim momencie życia, który i tak nie pozwoliłby mi się tym cieszyć. Nie ważne czy chciałam, czy nie. Byłabym beznadziejnym kompanem i nie wykorzystałabym tego czasu w pełni.

Trzy lata później było już inaczej i jestem pewna, że teraz był „właściwy czas”.

Dlatego postanowiłam wykorzystać to, co się zdarzy w stu procentach.

Miałam dwie możliwości:

  1. Zaplanować sobie zabójczą trasę od „A” do „B” i się stresować cały czas, czy wszystko zrealizuję.
  2. Zaufać mojej gospodyni, wyluzować i zobaczyć co się zdarzy.

Papaje rosnące w środku tradycyjnej wioski…

Bez założeń…

Wybrałam wersję B i nie żałuję.

Postanowiłam, że pójdę za tym co mi przyniesie los.

Zobaczę drzewa kadzidłowe, to zobaczę. Nie zobaczę, to też będzie fajnie.

Nie wiedziałam czego spodziewać się po Omanie, ale wiedziałam, że bardzo chcę pojechać.

Nie miałam racjonalnego powodu, po prostu czułam, że coś dobrego z tego wyniknie.

Slider

I bez adresu..

Gosię zobaczyłam dwa dni przed wyjazdem.

Jakoś tak nie miałam czasu sprawdzić tego wcześniej, ale myślę sobie:

„No dobrze, zobaczę na Skype czy to przynajmniej jest dziewczyna, a nie jakiś dziwny mężczyzna, bo niby skąd mam wiedzieć…”

Jak na kogoś, kto wykupił bilet miesiąc wcześniej, to rychło w czas.

Skype przerywał strasznie, ale na pierwszy rzut oka stwierdziłam, że jest między nami taka dziwna nić porozumienia i nie ma problemu.

Ale gdy poprosiłam o adres i usłyszałam „Tutaj nie ma adresów”, myślałam, że żartuje. Do momentu, kiedy nie zobaczyłam jej domku na środku kamienistej pustyni.

(Tak, stwierdziłam, że „Okey, bez adresu to bez adresu, jadę i tak.” 😉)

Rzeczywiście nie ma tu adresów.

Jak naprawdę wygląda północ Omanu? Możesz zobaczyć „osiedle” pod Birkatem. Nie ma adresów, zauważcie sprytny “wodociąg”.

 

Wszystko jest nowe i piękne.

Kiedy jestem w nowym miejscu, wszystko jest dla mnie nowe, piękne i fascynujące.

Fascynujące są rozżarzone kamienie na pustyni, palmy daktylowe w zagłębieniach, martwe kozy przy drodze, kujące drzewka, na których powiewają plastikowe reklamówki.

„Uważaj na skorpiony! Zawsze najpierw otrzepuj, zanim coś podniesiesz!”

Nie ma problemu.

Skorpiony, fascynujące.

Pierwszego dnia chodziłam jak na dropsach.

Bo jak tu nie być podekscytowaną, kiedy wszystko wokół jest nowe?

 

Myślałam, że jestem twardsza

Do czasu.

Tuż po przyjeździe obudziłam się w samym środku nocy. Nad głową szumiał wiatrak, a zza okna dobiegały odgłosy pustynnego wiatru. Zerwałam się z łóżka i miałam dziwne poczucie, jakby ktoś mnie obserwował. Moje ręce były zimne i jestem pewna, że nie był to efekt klimatyzacji.  Myślę, że to takie niewyjaśnione uczucie, które towarzyszyło ludziom od zarania dziejów, kiedy tylko odwrócili się w nocy od ogniska.

Tutaj w Omanie ludzie nadal wierzą, że w ciemności kryją się Dżiny, które mogą przeniknąć z mroku pustyni w ludzkie siedziby. Nigdy nie wiadomo, czy będą mieć dobre, czy złe zamiary. Dlatego ludzie starają się zawsze rozświetlać domy i nie przesiadywać w ciemności.

Nietzsche napisał kiedyś: „Kiedy spoglądasz w otchłań, ona również patrzy w Ciebie.”

Problem w tym, że w środku nocy widzisz rzeczy, które chcesz widzieć i tak się składa, że zdecydowałam, że moja (bujna) wyobraźnia nie przeszkodzi mi w racjonalnym podejściu do sprawy. Nawet jeśli byłaby jakaś otchłań, której chciałoby się mnie obserwować, nie zamierzam uczestniczyć w tym spektaklu.

Bardzo potrzebowałam snu, bo drugą noc z rzędu spałam cztery godziny, ale jedyne co mogłam zrobić, to zapaść w lekką drzemkę i budzić się ponownie.

Szybko „samozdiagnozowałam” u siebie mały napad paniki (a co jest nazwane, nagle przestaje być mityczną otchłanią i staje się bardzo konkretne), który nie miał absolutnie niczego wspólnego z moimi cudownymi gospodarzami, fantastyczną gościnnością, czy nawet wyjazdem do Omanu.

Po prostu dopiero wtedy, na środku kamienistej pustyni, doszło do mnie, gdzie tak naprawdę jestem i co tu robię.

W pustyni jest coś takiego… dziwnego. Niby nic nie ma, ale człowiek nie jest przyzwyczajony do takiej pustki… W następnych wpisach pokażę Wam drogę na południe. 

Cofnęłam się o kilka tygodni

Dwa tygodnie temu w UK skradziono mi laptop z hotelu. Laptop jak laptop, ale przyznam, że noc później (śpiąc już w innym miejscu), obudziłam się ze schizą, że ktoś wchodzi do mojego pokoju. Absurdalne, ale prawdziwe.

Po powrocie miałam zaledwie kilka dni, żeby przygotować się do wyjazdu i spędziłam je na kupnie nowego laptopa, instalowaniu sprzętu, nadrabianiu pracy (w końcu tydzień bez komputera w mojej profesji to wieczność). Dwa dni przed wyjazdem zobaczyłam Gosię (od razu wiedziałam, że się dogadamy, bo jest przeuroczą osobą) i szybko spakowałam rzeczy.

Postanowiłam uprościć sobie zadanie i już w Dubaju wynająć wcześniej samochód na lotnisko. Im mniej stresu, tym lepiej, bo już od dwóch tygodni miałam wystarczająco dużo adrenaliny.

Siedmiopasmowa autostrada

Z zadziwieniem obserwowałam siedmiopasmową autostradę.

Mój kierowca w śnieżnobiałej koszuli, zapytał mnie płynnym angielskim, przy jakim lotnisku jest mój hotel.

„Przy którym?”

„Tak, mamy kilka.”

Spokojnie sprawdziłam w wydrukowanych kartkach. Jestem przygotowana technicznie na to co się może wydarzyć.

„Ten a ten, och, mam nadzieję, że pojedziemy do dobrego!” – zażartowałam.

W pewnym momencie, błyszczące Audi A6 zwolniło i zjechało na pobocze.

Mój kierowca bez słowa zatrzymał samochód, wysiadł i otworzył bagażnik.

Był środek nocy, w Dubaju, ja po kilku godzinach snu, a rankiem czekał mnie kolejny samolot.

Wiedziałam, że to samochód korporacji, więc nic złego się nie wydarzy, a „crime rate” w Dubaju jest niezwykle niskie. Mimo to, przesunęła mi się przez głowę  absurdalna myśl, że zostanę na poboczu tej autostrady wraz z moim bagażem. Nawet nie wiem za bardzo gdzie jestem.

„Przepraszam, złapałem gumę”.

Po trzydziestu minutach siłowania się z oponą, kierowca zadzwonił po swoich kolegów z korporacji, a mi zamówił taksówkę, wyjaśnił taksówkarzowi po arabsku gdzie ma jechać  i wręczył mu plik banknotów.

W tym momencie zdałam sobie sprawę, że zdanie: „Mam nadzieję, że dotrzemy do właściwego hotelu” to z wielu powodów kiepski żart.

Adrenalina podniesiona, ale myślę sobie: „Dobrze, co się jeszcze może zdarzyć? Hotel jest 5 minut od lotniska.”

Całkiem byłam z siebie rano zadowolona… W tle widać terminal, z którego miałam wylecieć. Blisko, prawda?

 

„Biletów po rumuńsku nie honorujemy”

„Dzień dobry, chciałabym polecieć do Salali”

„Proszę, terminal 3”.

Na terminalu 3:

„Oh, to nie pani samolot, leci Pani tym 10 minut późniejszym, z terminalu 2”

„Dobrze, mogę się tam dostać piechotą?”

Pani popatrzyła na mnie jak na chorą psychicznie i wskazała postój taksówek.

„Proszę sobie wziąć tę różową”, powiedział pan zarządzający taksówkami.

Różowe taksówki w Dubaju są przeznaczone dla kobiet, które nie czują się komfortowo jeździć z mężczyznami. Tak się składa, że to zdecydowanie nie mój problem i nie zamierzam czekać, aż „różowy daszek” podjedzie.

W duchu cieszę się, że nie zaspałam, gdyż okazuje się, że drugi terminal to jakieś 20 minut jazdy taksówką.

Staję grzecznie w kolejce, pomiędzy ubraną na czarno Arabką z niemowlęciem na ręku i Hinduską w kolorowym sari.  Mąż Arabki coś tłumaczy urzędnikowi i pokazuje dokumenty. O dziwo, dokumenty wystarczą i kobieta nie musi odkrywać twarzy do kontroli paszportowej. Czeka spokojnie z boku.

Jak oni to robią?

 

Kolejka się przesuwa i staję przy bramce.

Patrzę na ludzi, którzy przewożą… nawet nie wiem co. Wielkie pudła, kartony związane sznurkiem do snopowiązałki.
Próbuję zgadnąć co może być w środku, ale nic nie przychodzi mi do głowy, oprócz telewizora z ziemniakami. Zastanawiam się, czy naprawdę jadę na koniec świata.

Przychodzi moja kolej, pokazuję grzecznie bilet. Nie było możliwości wcześniejszego bookingu, więc daję co mam, czyli potwierdzenie z numerami po polsku.

„Proszę chwilkę poczekać. Nie ma Pani na liście. Poproszę menedżera”.

Menedżer przygląda się uważnie mojemu wydrukowi i wykonuje kilka telefonów. Kolejka za mną zaczyna niebezpiecznie się wydłużać, więc usuwam się na bok i grzecznie czekam.

“Oczywiście, jest pani miejsce, coś pomyliło się w systemie. Proszę wybaczyć, nie czytam po rumuńsku”.

 

Wsiadam do samolotu ostatnia, modląc się w myślach, żeby w drodze powrotnej nie mieć problemu z przywozem skarbów, jakie mam nadzieję tam znaleźć.

Niemowlę w ramionach Arabki przebudza się i zaczyna płakać, a my wzbijamy się w powietrze.

Śpię trzy godziny.

Na szczęście na miejscu odbiera mnie mąż Gosi, Szczepan i jedziemy.

Wszystko jest dla mnie nowe i świeże.

Fascynujące.

Faladże, palmy daktylowe, bezchmurne niebo i to, że przypominam sobie alfabet arabski i mogę bez trudu czytać napisy.

Cyfry arabskie są nieco inne niż “arabskie”, które znamy ze szkoły. 

Wszystko przechodzi mi przez głowę, kiedy leżę w środku nocy, obudzona przez szum wentylatora.

Tak naprawdę dopiero teraz dociera do mnie gdzie jestem i co robię.

Hej, jestem w Omanie, poza Europą, mogę zgubić paszport, albo coś…

Dopiero po tym czasie uzgadniam rzeczywistość z adrenaliną.

Nie miała ona niczego wspólnego z moimi gospodarzami, którzy byli dla mnie cudowni, ani nawet z tym, że nie czułam się z nimi bezpiecznie (bo wprost przeciwnie).

To po prostu fizyczna reakcja na zmianę, nic więcej.

Także wiesz… Ja też się boję.

Ja też się boję

Też nie wiem, co się wydarzy.

Jedyne na czym polegam, to moja mocna intuicja co do rzeczy, które uważam, że powinnam zrobić lub ludzi, którym mogę zaufać. Jestem otwarta na to, co się stanie.  Nie polecam tego każdemu, bo nie każdy ma mocną intuicję. Są osoby, które mają na przykład lepszy zmysł obserwacji świata i z tego korzystają. Jeśli jesteś taką osobą, to wygrana na loterii, zapewne zyskujesz mnóstwo czasu, na przykład nie szukając kluczy.

To co robię, to pewne skalkulowane ryzyko, połączone z obserwacją i intuicją, która (zazwyczaj) mnie nie zawodzi. A jeśli czegoś bardzo, bardzo chcę (jak chociażby zobaczyć drzewko kadzidłowe), to jestem w stanie podjąć wiele niestandardowych kroków, żeby to dostać.

 

To jednak wcale nie oznacza, że się nie boję.

Bo widzisz, jednym jest „skalkulowane ryzyko”, a drugim skrajna nierozważność, chociaż oczywiście każdy ma granice gdzie indziej.

Kiedyś koleżanka mnie zapytała:

„Skąd wiesz, czy nie popełnisz błędu, czy coś Ci się nie stanie? Przecież ciągle coś gubisz, albo masz problemy. Sama jeździsz, i w ogóle.”

Odpowiedziałam jej coś w tym stylu:

„Po pierwsze, nie jeżdżę sama, bo wszędzie są ludzie… A po drugie… Nie wiem, ale zawsze kiedy się boję, to zastanawiam się, czy ten strach jest spowodowany realnym zagrożeniem, czy tym, że… nie będę mogła czegoś w stu procentach kontrolować. Że nie mam pewności co się zdarzy. To jest haczyk. Nigdy nie wiesz co się może zdarzyć, po prostu nie wiesz, możesz tylko zgadywać.”

A to nazywam uzasadnionym strachem. Kolana mi się trzęsły, kiedy wchodziłam na tę półkę skalną.

A tutaj jedno z najpiękniejszych miejsc, w którym byłam. Ma jednak jeden drobny minus…

Epilog

Drugiego dnia podszedł do mnie Szczepan i mówi:

“Nasz znajomy Ahmad byłby chętny zawieźć Cię do Salali, jeśli miałabyś ochotę! Wiesz, wygląda dość… tradycyjnie, ale jest naprawdę zaufanym człowiekiem. Minus jest taki, że to dość tradycyjny muzułmanin i pewnie będzie się pytać, czy nie chcesz zostać jego drugą żoną. Chyba, że Cię stresuje takie sytuacja, powiedz.

Roześmiałam się na głos, bo to była ostania rzecz na liście, której mogłabym się obawiać.

Ryzyko się opłaciło? :-)

Ps. Północ Omanu zobaczyłam dzięki uprzejmości Gosi i Szczepana. Gosia i Szczepan mieszkają w Omanie na stałe i czasem oferują krótkie wycieczki krajoznawcze i gościnę (jeśli wolisz nocować u swoich w centrum kraju).  Jeśli myślisz o wizycie w Omanie,  chętnie Cię z nimi skontaktuję.

Podobał Ci się ten wpis? Podaj dalej!

Tags from the story