Z przeznaczeniem nie wygrasz, czyli dlaczego nie dojechałam na Blog Forum Gdańsk.

Dzień dobry,

To jest notka o tym, dlaczego nie dojechałam na Blog Forum Gdańsk.

Mój Pan twierdzi,że nikt tego nie przeczyta i nikogo to nie obchodzi, oraz, że mogę streścić to w zdaniu” „uciekły mi wszystkie pociągi i autobusy i musiałam wrócić do domu”.

Jeśli jednak lubicie czytać opowieści dziwnej treści, to zapraszam!

I tak musiałam napisać tę notkę. Obudziłam się dziś o trzeciej w nocy i o niej myślałam. Nawet, jeśli nikt jej nie przeczyta i tak musiałam napisać!

A, miłej zabawy wszystkim na Blog Forum Gdańsk!

Preludium.

Jedziemy razem z Anną Marią na Blog Forum Gdańsk, fajnie, prawda?

Mamy kupione bilety (jedziemy z Katowic, ponieważ tak może jechać AnnaMaria. Rok temu też jechałyśmy razem i było fajnie!). Przygotowałam ciastka, spakowałam aparat, ubrania, kosmetyki.  Przygotowuję książki na Kindle,żebym miała co czytać w długiej podróży.

– Dlaczego nie wyjeżdżasz z Krakowa? Tak jest szybciej! – pyta mój Pan.

– A, jedziemy tak samo jak rok temu z koleżanką. Dojadę sobie do Katowic i dalej pojedziemy razem, tak jak rok temu!
Pociąg jest w Katowicach dopiero po 18, mam cały dzień,żeby dotrzeć.

– Bez sensu, ale rób jak uważasz – Mój Pan wzrusza ramionami.

Epizod 1.

Przed południem dzwoni telefon. Właśnie wychodzę z mieszkania:

– Co u Ciebie? Spakowana? Wiesz, że dziś jest strajk kolejarzy śląskich? – mój Pan ostrzega mnie w słuchawce.

– Tak wiem, ale jestem na to przygotowana! I tak nie jadę głupim pociągiem, który ciągnie się przez ponad dwie godziny. Jadę z dworca PKS – autobusy są co 20 minut i co więcej, jadą niecałą godzinę!

– Powodzenia!

Zadowolona jadę na dworzec PKS, po drodze kupując kanapki z Northfisha.

Pierwszy znak ostrzegawczy przy kasie PKS:

– Nie, nie można już kupić biletów do Katowic. Trzeba pytać u kierowcy!

– A bilet na za dwie godziny mogę kupić? Albo na za trzy?

– Nie, już teraz tylko u kierowcy.

W porządku. Nie ma sprawy. Mam dużo czasu. Kupię u kierowcy, wielkie mi coś.

 

Uruchamiamy plan A.

Plan A jest prosty.

Kulturalnie stoję w kolejce i kupuję bilet u kierowcy. Dojeżdżam sobie jak człowiek do Katowic (może być na stojąco) i czytam zrelaksowana książkę na dworcu  w Katowicach, czekając na mój pociąg – przecież będę dużo wcześniej.

Mój plan A  bardzo szybko zmienia się w awaryjny plan B: kierowca odmawia przyjęcia połowy chętnych na dojazd.

Nic to, za 20 minut będzie duży autokar.

Duży autokar jednak również nie zabiera nawet połowy chętnych pasażerów.

Dziewczyna obok mnie zagaduje:

– Zawsze tu jest tłok i takie sceny, ale dziś jest wyjątkowo: jeżdżę co tydzień i tyle ludzi nigdy nie było. Trzeba się pchać i może się uda!

Pięć busów później wiem, że jestem beznadziejna w pchaniu i przepychaniu łokciami. Nadal stoję na końcu takiej oto kolejki (raz jedzie mały,a raz duży bus):

 

Pięć autobusów później..

– Chcesz powiedzieć, że to Twój piąty bus i nadal jesteś na końcu? – zagaduje dziewczyna obok.

– Cóż, kierowca zawsze wpuszcza najpierw ludzi, którzy zakupili bilet. Bilet można było kupić wczoraj.

– Trzeba się pchać i się uda!- ona jeszcze nie wie, że kiedy godzinę później wrócę w to miejsce, nadal będzie stała w kolejce.

Przyjmuję z pokorą tę poradę i zaczynam  gorączkowo rozmyślać nad awaryjnym planem C.

Epizod drugi, czyli uruchamiamy awaryjny plan C.

Kilka nerwowych telefonów do Anny Marii później.

Oddaje mój bilet (wyjeżdża wcześniej w trasę). Umawiamy się, że skoro do Katowic i tak nie zdążę (nie ma już tych głupich pociągów, które jeżdżą 2.30h, zresztą, kto wie, do czego zdolni są rozjuszeni, śląscy kolejarze, którzy właśnie strajkują?), złapię ten pociąg w Zawierciu i do niej dołączę.

Ponieważ jak każdy szanujący się podróżny jestem dużo wcześniej, idę na Dworzec PKP, podpytać o możliwość wyjazdu z Krakowa.

Czekam w długiej kolejce. Kiedy nadchodzi moja kolej do kasy, słyszę zdesperowany i pełen niedowierzania głos z kasy dla cudzoziemców:

– This is fucking crazy! Woah! Are you kidding me? 2 days to Vienna? That’s 500 kilometers, there must me another way!

Na końcu języka mam „There is only one way, a way of pain, welcome to Poland” – ale milczę. Mam inne problemy.

Owszem, jest pociąg do Gdańska. O 17.25 (pamiętacie awaryjny plan C z Zawierciem?). Są nawet dla niego bilety. Ale kuszetki czy wagonu noclegowego nie mogę już wykupić.

Zawsze twierdziłam,że jest we mnie coś z masochistki. Jednak to coś, właśnie uciekło i bardzo dobrze się schowało: 13 godzin nocą, starym pociągiem PKP, bez kuszetki…

To ja jadę do Zawiercia jednak!

W między czasie wykonuję telefon do mojej ostatniej deski ratunku rozsądku. Mój Pan zawsze jest spokojny i opanowany, nawet, kiedy trzęsącym głosem opisuję sytuację. Zegar tyka.

– Dobrze, jedź do tego Zawiercia, tylko nie zapomnij zapytać czy kierowca zatrzymuje się blisko dworca.

 

Jedziemy na wycieczkę, bierzemy z sobą teczkę.. – czyli, taki tam wypad do Zawiercia.

 

Oczywiście biletów do Zawiercia nie można kupić.  Tylko u kierowcy.

Oczywiście, bus nie pojawia się na oznaczonym peronie – kiedy przez głośniki wypłynie, że jest na drugim końcu dworca, okazuje się,że znów jestem za wolna i jestem na końcu kolejki. I zgadnijcie, co? Beznadziejnie się pcham.

Podchodzę do kierowcy i błagalnym głosem wyrzucam:

– Mam pociąg do Gdańska z Zawiercia, jest Pan moją ostatnią nadzieją..

Zanim powie „nie” już wiem,że i tak mnie nie zabierze. Czytam to w jego oczach. Nie wiem, może źle zrobiłam,że nie zaproponowałam mu ciasteczka z bagażu?

Moje przeczucie jest trafne.

Awaryjny plan D spalił na panewce.

 

I teraz zaczyna się prawdziwa jazda.

Relacjonuję mojemu Panu przebieg zdarzeń przez słuchawkę. Chwila ciszy a potem:

– Dobrze. Wsiadaj do taksówki i przyjeżdżaj tu a tu. Wyjdę wcześniej z pracy i zawiozę Cię do tego Zawiercia. Mamy 1.5 godziny, powinno się udać!

Wow, jestem w szoku, mój Pan jest najlepszy!

Wsiadam do taksówki, dobita i całkowicie zmęczona. To moja szósta godzina pomiędzy dworcami.

Opowiadam taksówkarzowi moją krótką historię: empatycznie podpowiada, że za 1500 zł będę  w Gdańsku. Odrzucam tę hojną propozycję.

Jest dobrze..

Jest naprawdę dobrze. Pociąg z Katowic jest opóźniony, a my elegancko jedziemy do Zawiercia… Nie ufam mapie w moim telefonie, więc poruszamy się wedle znaków. Jestem zmęczona i dobita, ale dobrej myśli.

 

Wszystko jest dobrze dopóki..

Dopóki nie trafiamy na objazd numer jeden.

A potem objazd numer dwa.

O, i numer trzy, teraz przez las!

 

Odbieram sms:

„Jesteś na miejscu? Za 10 km pociąg będzie w Zawierciu, pędzimy 110 km na godzinę”.

Uwierzcie. Nigdy, gdy tego potrzebowałam, pociąg nie pędził 110 km/h.

My też jesteśmy już w Zawierciu. Jest dobrze.

Dopóki o 19 wieczorem, nie natrafiamy na roboty drogowe w centrum miasta.

O, i wahadełko, drogowcy kierują ruchem.

Piątek w nocy, stoimy w korku. W Zawierciu.

I wiecie co?

 

Pociąg odjechał 4 minuty po tym, jak dotarliśmy na dworzec.

„Za pół godziny będziemy w Myszkowie” – sms od Anny Marii.

Ok, w Myszkowie. Okazuje się,że konduktor chyba ma jej dość, bo ciągle dopytywała o odległość do Zawiercia. W Myszkowie są po 5 minutach. Taki tam branżowy żarcik.

 

I tak oto wracamy do domu.

Zrezygnowana na stacji benzynowej kupuję Pepsi. Jestem wykończona, zmęczona i zła.

– Czy na pewno chce Pani pół litra Pepsi? Mamy 3 litry Coli w promocji.. – gdybym nie była zmęczona, mój wzrok mógłby zabijać.

Odpowiadam jednak grzecznie:

– Dziękuję. Chcę tylko tę butelkę – pół litra Pepsi.

– Ale ta Cola kosztuje..

– Tak jest O.K, proszę rachunek – widząc moje zdesperowane spojrzenie, wtrąca się spokojnie mój Pan. Wiem,że też jest podirytowany. Wolałby mnie zostawić w pociągu, wtedy ta podróż miałaby choć odrobinę sensu…

Zamiast epilogu:

————–

„Niech to szlag!” – pisze Anna Maria – „Z rozpaczy wypiję chyba całą piersiówkę z nalewką! Jesteś pewna że nie dasz rady dojechać autokarem, albo pociągiem?”

– Paralotnią – zmęczona mruczę pod nosem.

Jadąc autostradą z Katowic do Krakowa nucę piosenki wcale i w ogóle nie związane z moją sytuacją:

„I’m a killer, cold and wrathful”,

„I can’t decide whether you should live or die”

a także „Did I tell you not to go out, didn’t I?”

————

Dojeżdżam do Krakowa trochę przed 22 drugą.

– Chcesz, mogę Cię jeszcze zawieść na Dworzec?

– Nie, nie chcę, jestem już taka zmęczona…

Dziwicie mi się,że nie mam ochoty uruchamiać planu X,Y,Z , czy któregoś tam z kolei?

———–

Jaki z tego wniosek?

  1.  jeśli komunikacja publiczna może Was zawieść, to zawiedzie
  2. z systemem nie wygrasz (patrz pkt 1)
  3. nigdy, przenigdy, nie wyjeżdżaj z innego miasta, jeśli nie musisz (patrz pkt 1)
  4.  nie umiem się pchać
  5. pewnie tak, jak w tych horrorach: była gdzieś, ukryta, jedna konfiguracja (albo więcej, złożonych razem), która zapewniłaby mi sukces. Cóż, jestem widocznie w rozwiązywaniu zagadek tak samo słaba jak w przepychaniu :-)
  6. gdybym wierzyła,że przeznaczenie aktywuje się w drobnych sprawach, powiedziałabym,że to przeznaczenie
  7. kanapki z Nortfisha są niedobre. Nie polecam.

——

I to tyle z mojej podróży.

Taka ciekawostka: wiecie, że w 9 godzin można dojechać do Gdańska? Mi udało się w tym czasie wyjechać z mieszkania i do niego wrócić!

 

Dziękuję za uwagę – i miłego wszytkim na Blog Forum Gdańsk.

Epilog – jednak będzie!

SmS od koleżanki:

„Ej, Klaudyna, przyjedź może w sobotę, będziesz na jeden dzień!”

I wiecie co?

Jakoś tak powiedziałam: „raczej nie”:-)

ps. macie jakieś pomysły, co zrobilibyście na moim miejscu?:-)

 

 

  • Marta

    Klaudyna, czytam ten post dopiero dziś tj. po 3.10.2014. Minęły 2 lata od Twojej historii.
    Przyznam, że jak sie czyta parę sytuacji brzmi śmiesznie :) Wiem, że wtedy nie było Ci do śmiechu…ale w bardzo zabawny sposób to opowiedziałaś :)

  • Tekst napisany zabawnie, aż dziwię się, że nie straciłaś poczucia humoru. Nie zmienia to jednak powagi sprawy. Ludzie, nie piszcie tekstów typu: „należy lepiej/wcześniej zaplanować podróż”. Wyżej opisana sytuacja i kilka tych z komentarzy, to istny skandal, pasażerowie/klienci nie zasługują na takie traktowanie, płacą za usługę, a otrzymują kopniaka, bo inaczej tego nie można nazwać.

    • Było minęło. Następnym razem jadę ze swojego miasta:)

  • Czytałam już wcześniej Twoje przeboje. Można się naprawdę wkurzyć, ale kto wie, może Ci to wyszło na zdrowie!
    Co do warsztatów to drugiego dnia w ogóle nie dotarłam na BFG, ale i tak byłam bardziej zainteresowana warsztatami dotyczącymi przenoszenia bloga na własną domenę. Może dlatego, że na wstępie słyszałam zbyt dużo negatywnych opinii na temat prowadzącego zajęcia z fotografii kulinarnej.
    Ufam jednak relacji Edyty, jeśli nie miałaś okazji przeczytać to odsyłam do jej bloga http://madameedith.blogspot.com/2012/10/blog-forum-gdansk-2012-relacja.html
    Pozdrawiam.

    • To daleko miałaś:D

      Co do przenoszenia na własną domenę, jakbyś coś potrzebowała, mogę Ci pomóć, bo sama wszystko przenosiłąm rok temu: i tak wiadomo,że Worpdress jest najlepszy:)

      Tak, czytałam Edith, dali po bandzie z tymi warszatmi. Ale rok temu też nie było tak różowo..

  • Hahaha, piękna opowieść, rozbawiłaś mnie do łez. Szkoda, że nie udało Ci się dojechać. Miałam nadzieję poznać Cię osobiście.

    • Może innym razem się uda!

  • Jedno jest pewne tak musialo byc i nie ma co teraz gdybac!Musial byc jakis bardzo powazny powod dlaczego stalo sie jak sie stalo!Ja wierze gleboko w to,ze nic nie dzieje sie bez przyczyny! Pozdrawiam serdecznie.Sylwia

    • Ja też myślałam,żej akiś był, ale nie mogę znaleźć z perspektywy czasu ani jednego. Chyba,że coś się miało wydarzyć, co się nie stało:)

  • Hahaha, ależ się uśmiałam:) Nie mogłam opanować wybuchów śmiechu:D Wiem, jak czasem ciężko wydostać się z Krakowa i jakie są tłumy do busów na Katowice. Jeżeli jeszcze kiedykolwiek zdecydujesz się na taką szaleńczą wyprawę, proponuję alternatywę: jeżeli nie uda Ci się wsiąść do Katowic, szukaj busa do Jaworzna (też są niestety oblegane). Jak dojedziesz do centrum miasta, przesiądź się do autobusów miejskich (linia A, E, J;) Pozdrawiam ciepło:)

  • baba JAga

    ,,13 godzin nocą, starym pociągiem i bez kuszetki” to nic takiego! Wiem co mówię, dziesiątki razy tak jeździłam ;P Trzeba było nim jechać z Krakowa do Gdańska. Gonienie katowickiego pociągu autem nie było, jak widać, najlepszym pomysłem… Podziwiam D. że się w to zaangażował (btw: rozbawił mnie powyższy komentarz o niewolnictwie ;D)

    Swoją drogą – zobacz tylko,jakie zainteresowanie wzbudził Twój reportażyk, zaczynający się przewrotnie od ,,nikogo to nie obchodzi”… ile osób rozumie Twoją sytuację! :D

    Dobrze, że byłaś na BFG w zeszłym roku, a na przyszły będzie ,,mądry Polak po szkodzie” i na pewno dojedziesz bez przeszkód :)

    • Atria

      Aga, bez urazy,ale Ty jesteś szczególnym przypadkiem, jeśli chodzi o dojeżdżanie:):)

      Tak, widzę,że nie jestem jedyna. Co powinno mnie cieszyć,ale nie cieszy: bo wolałabym,żeby ludzie jednak dojeżdżali bez przeszkód:-)

  • Szkoda, że nie kupiłaś biletów dużo szybciej. Może jeszcze dane będzie nam się gdzieś spotkać.

    • Kupiłam z dużym wyprzedzeniem bilet do Gdańska – nie sądziłam,że pokonanie 70 kilometrów okaże się niemożliwe przez 7 godzin..możę za rok!

  • rokitoki

    Nie pisz proszę, że to przez „śląskich kolejarzy” bo to krzywdzące. Strajk urządziły nieroby z PRZEWOZÓW REGIONALNYCH, które i tak są na wypowiedzeniu i koniec z ich opierniczaniem się od grudnia. Nie mają nic do stracenia to takie sa ich ostatnie podrygi.

    Za to KOLEJE ŚLĄSKIE dzisiaj uruchomiły 60 zastępczych pociągów za te od PR. Więc co jak co ale prawdziwi śląscy kolejarze to akurat stanęli na wysokości zadania na ile było to technicznie możliwe aby jeździć za innego przewoźnika.

    pozdrawiam

    ps. czemu piszesz „mój Pan”? Jesteś niewolnicą?

    • Hej. Dzięki za komentrarz! Użyłam „śląski” w kategorii regionalnej („śląski, małopolski, wielkopolski”). Szczerze mówiąc wcale się nie łapię w tych spółkach – u nas w samej Małopolsce są trzy i nigdy nie wiem, które są które. Bardzo chciałabym,żeby po prostu jeździły w normalnym czasie.

      Co do „Mój Pan”, dziewczyny przyjmują różne formuły nazywania swoich partnerów („małż”, „połówek”, „D.” etc.). Ja przyjęłam „Mój Pan” ponieważ wydaje mi się to grzeczne, miłe i z szacunkiem :-)

  • Zauberi

    Nauczona doświadczeniem zawsze rezerwuję lub kupuję bilet tydzień wcześniej po tym jak wiele razy stalam po kilka godzin w kolejkach do busa. :)

    • Właśnie wiesz, jeździłam parę razy do Katowic i nigdy nie było problemu. Jak się pojawił to oczywiście wtedy, kiedy naprawdę mi zależało..

  • Ha! Przezylam taka historie za nasza wschodnia granica. Z rozpacza patrzylam jak odjzdzaja kolejne marszrutki (to przeciez takie nasze minibusy) a my z 2 ciezkimi plecakami i malym dzieckiem jakos ciagle znajdowalismy sie na szarym koncu pomimo, ze dopingowalam Meza, zeby sie pchal ile sie da. Widac inni mieli wprawe, pokonujac ta trase moze pare razy w tygodniu. W koncu wzielismy na spolke z jedna kobita taksowke, po 2 straconych godzinach. Pewnie moglibysmy tam stac do wieczora.

    • U nas też padła sugestia taksówki, ale dość szybko upadła. Swoją drogą, ciekawe za ile dojecałabym do tyc Katowic..

      ps. z dzieckiem, to współczuję..

  • Bardzo ciekawa historia. Świetny tekst.

  • Agi

    ha ha ha przeczytałam ale uśmiałam sie prawie do łez ! ach polskie pociągi, polscy kierowcy i polscy pasażerowie…nie dziwię się, że chciałaś to opisać :) Na drugi raz w bilet Z KASY sie zaaopatrz ! jak widać taki BILET Z KASY otwiera wiele drzwi…a jeszcze z pieczątką pani z okienka…fiu fiu…to byłoby dopiero coś! taki waży pan kierowca z AUTOBUSU jest gotowy wnieść Cię do niego ;) xxx buziaki Klaudyna

    • Fajnie,że kogoś rozbawiło – ja się śmiałam,ale histerycznie:D
      Co do wnoszenia to razcej nie było na co liczyć, ale jak miałeś bilet, mogłeś nim machać nad głowami innych pasażerów i krzyczeć „mam bilet!” – co opróczo czywistej zazdrości sprawiało,że mogłeś posuwać się w kierunku drzwi szybciej niż inni.

  • Monika

    Współczuję, miałam podobną sytuację niedawno… zaczynam dochodzić do wniosku, że w tym kraju nie da się podróżować komunikacją publiczną. Piątek po południu, mam jechać z Torunia do Gdańska. Pociąg – Arriva RP – jedzie do Malborka, gdzie mam 5 minut na przesiadkę w TLK do Gdańska. Jechałam z koleżanką. Wsiadam do pociągu, który już stoi na peronie. Jest tylko jeden wagon. OK, znajdujemy miejsca siedzące. Pociąg wyrusza. Już na następnej stacji wiedziałam, że nie obejdzie się bez problemów. Na peronie stało chyba 200 osób. Wsiadali przez 10 minut. Na kolejnej stacji sytuacja się powtórzyła. Kierowniczka pociągu przez megafon powtarzała: Proszę pasażerów o przesuwanie się do tyłu celem wpuszczenia innych podróżnych. Nigdy nie jechałam tak zapchanym pociągiem, przysięgam. Opóźnienie zwiększało się, ponieważ pociąg miał problem z ruszeniem, tak był naładowany. O pójściu do kierownika pociągu i poinformowaniu o przesiadce nie było co marzyć. Wysiadłyśmy z koleżanką w Chełmży, doszłyśmy do głównej drogi i łapałyśmy stopa. 3 godziny później byłyśmy już w Gdańsku.
    Niestety, nie mogłam normalnie zwrócić biletu, ponieważ nie był poświadczony. Poświadczyć może kierownik pociągu, do którego nie szło się dopchać… zdenerwowałam się i poszłam do biura Arrivy z reklamacją. Czekam na zwrot pieniędzy. Morał:
    1. Jeśli planujesz podróż z Torunia w kierunku Malborka w piątek po południu, zacznij łapać stopa od razu.
    2. Arrivie bardziej opłaca się bez jakiejkolwiek procedury przyjąć reklamację, niż zapewnić przyzwoitą jakość przewozu.
    Poza tym, jeżdżenie tak zatłoczonym pociągiem jest nie tylko niekomfortowe, ale i niebezpieczne.

    • Mi się zdarzało jeździć pociągami, gdzie stałam prawie na jednej nodze.. Były tak zapchane, że konduktor nawet nie sprawdzał biletów, ponieważ nie dało się przejść.. Wolę nie myśleć, co by było, jakby ktoś zasłabł..

      Mam nadzieję, że jak w przyszłym roku poprawią tory do Rzeszowa to będzie lepiej..

  • IRYTACJA!!!! a to i tak za mało na tę sytuację, w której się znalazłaś…

    Pytania- dlaczego nie pojachałaś stąd albo stamtąd są delikatnie nie na miejscu. Bo w takiej sytuacji 99% zrobiłoby tak samo.

    Cóż, za rok też będzie forum i dasz kierowcy ciasteczka:)

    ściskam

    • Za rok jadę z Krakowa:) Oczywiście, jak mnie będą tam chcieli i będę mogła!

  • Shinju

    Współczuję tych wszystkich przeżyć. Nie dziwię się naprawdę, że już później nie chciałaś próbować.

  • Wspolczuje przezyc. Doradzac i pisac co moglabys innego zrobic nie bede, bo to juz nie ma sensu. Wyspij sie, zrob cos przyjemnego, a nastepnym razem bedziesz juz inaczej planowala podroz. SMutne jest tylko to, ze to tylko kilkaset kilometrow, a tak ciezko dotrzec na czas.

    • Na razie się udało spędzić miło sobotę, cociaz przyznam,że jest niedosyt jednak:)

  • Współczuje Ci bardzo. Ja bym pewnie zrobiła podobnie! nie umiem się pchać i pewnie ryczałabym z bezsilności.
    Miłego weekendu wiec życzę i głowa do góry. Ja niestety nie pojechałam z jeszcze bardziej prozaicznych przyczyn :)

    • A, tez się popłakałam przez chwilę. Dziś mam zakwasy od łażenia z torbą przez ten cały czas…

  • Ja również bilety na wyjazd mam kupione min, tydzień wcześniej, jeśli już nie mogę jechać samochodem (albo lecieć samolotem, ale tu bilet kupuje min. 1-2 miesiące wcześniej :)

  • Przykro mi, ze Ci się nie udało, ale to tylko potwierdza moją teorię, ze ja muszę mieć bilet na zaplanowaną podroż co najmniej tydzień wcześniej. I zawsze widząc jak do pełnego autobusu próbuje dostać się drugie tyle ludzi, zastanawiam się czy nie mogli kupić biletu wcześniej? I to o dziwo biletów nie mają Ci młodzi, dzieci internetu.

    Może w przyszłym roku się uda.

    PS. Tez nie lubię kanapek z Nortfisha :)

  • Posłuchałabym Pana i pojechała z Krakowa :D
    A tak serio współczuję Ci. Ja jak nie muszę to nie jadę PKP ani żadną inną radosną komunikacją publiczną.
    Moja przygoda nie jest spowodowana PKS czy PKP, tylko własną głupotą, ale jest dziwna, zatem opowiem.
    Wybrałam się kilka lat temu z przyjaciółką i moją brzydszą połową do Warszawy na koncert. Powiedzieliśmy sobie, że nie będziemy wynajmować pokoju tylko na dworcu PKS jakoś noc przeżyjemy. Przeżyliśmy. Problem w tym, że dworzec był zamknięty. Była zima, na zewnątrz mróz straszny a my o 11 wieczorem pocałowaliśmy klamkę a autobus do domu o 6 rano. Na szczęście w pobliżu było kilka całodobowych barów, więc wybraliśmy jeden z nich… Niezbyt trafnie jak się okazało. Szalały tam dwie pary, wypili straszne ilości alkoholu, stół w całości zastawiony był butelkami. Widać, że znajomi prowadzącej bar, strasznie się rządzili i w kółko puszczali „Te piękne czarne oczy.” My zjedliśmy co nam podano i zaczęliśmy grać w skojarzenia, by choć trochę zignorować otoczenie. Około 12 do baru dołączyła bezdomna i inny podróżny. Po jakimś czasie jedna z dziewczyn ledwie trzymając się na nogach doszła do drzwi, otworzyła je, i zwymiotowała szpetnie brudząc wszystko wokół. Chwilę później w tych właśnie drzwiach pojawiła się pewna pani, wyglądała na trochę obłąkaną, choć było w niej coś pięknego (nie wiem jak to określić, jej twarz była zmęczona, ale można było dostrzec, że była kiedyś piękną kobietą). Zaczęła zaczepiać jednego z chłopaków. Po kilku chwilach wylądowali razem w toalecie. Kiedy z niej wyszli ona się poprawiała, on zakładał odzienie. Kompletnie bez żenady. Po chwili zalotów kobieta została odtrącona i wyszła, on zaczął się interesować nami. Jest 2 w nocy. Ciemno, zimno, daleko do domu. Szybka decyzja – idziemy stąd, zaczyna być niebezpiecznie, a „Czarne oczy” znamy już na pamięć i więcej nie zdzierżymy. Wyszliśmy i zaczęliśmy się szlajać po przejściach podziemnych i przydworcowych ulicach Warszawy. Zmęczeni, zziębnięci straszliwie patrzyliśmy na światła kolejowe (dworzec PKS znajduje się zaraz przy Dworcu Centralnym). Kiedy wracaliśmy wzdłuż innego szpaleru barów, właściciel jednego z nich wyszedł i zaprosił nas do środka na herbatę. Z przerażeniem zauważyłam, że siedzi w nim ta sama pani, która wcześniej zawitała do poprzedniego baru. Tym razem bar był spokojny, resztę nocy spędziliśmy gapiąc się w szklanki herbaty. Około 5 rano otwierano dworzec, podreptaliśmy więc kupić bilety. Tam, spokojnie, w miejscu publicznym zwinęliśmy się w trzyosobową kulkę i przeczekaliśmy ostatnią godzinę. Nie umiem spać w autobusach, ale wtedy pierwszy i ostatni raz spałam podczas podróży do domu.

  • Przeczytałam.
    Mi też kiedyś zdarzyła się podobna historia.
    Ale w moim mieście.
    Dlaczego nie jechałaś z Krakowa???
    A ja w tym roku odpuściłam BFG,więc witaj w domu!

  • Ag

    Jejku to straszne! Ja pewnie bym się pchała drzwiami i oknami – lata praktyki na koncertach ;) Ale nie dziwie się, że Ci się odechciało. Nie przejmuj się! Będzie następny raz!

  • anna

    wszystko przez tego kierowcę, który nie zabrał Cię do Zawiercia, mogłaś zagrać ciastkami… z Twoimi ciastkami nie miałby szans…

  • nat

    rety, jaka szkoda… hmm… na Twoim miejscu od początku jechałabym z Krakowa! :-) a i może siłą ciasteczek poprzekonywałabym nawet tych z busa do Katowic, ale spójrz, wszystko było na NIE, widocznie tak ma być ;) mimo wszystkiego, miłego weekendu, upiecz, ugotuj coś ekstra!

    ps. jesteś mistrzem opisywania przebiegu wydarzeń! w ogóle i w szczególe! :-)

    • Ha, no właśnie WSZYSTKO było na nie i to mnie zastanawia: jakby się nie ułożyła jedna rzecz, albo dwie.. a tu cały łańcuch zdarzeń..To było dziwne.

  • podziwiam, że po drugim busie do Katowic nadal czekałaś na kolejne nie zmieniając wtedy planu :D ale to łatwo mówić prawda? jesteś wytrwała to mój komentarz.

    • Atria

      Właśnie był tylko jeden pociąg w tych godzinach i bałam sie ze jak zastrajkuja i ugrzeznie w trasie,to już na pewno nigdzie nie dojade..

  • Kasieńka

    Przykro mi,że tak to wszystko się poukładało. Tak to czasami w życiu jest, tak to się poukłada :/ Za rok będzie lepiej!

  • Kochana, przykro mi, że tak wyszło, ale ta historia mogłaby być dobrym scenariuszem na taki film jak np. Miś ;) Buziaki i trzymaj się ;)

    • Tak, Miś 2012:-)