Studenci, nie martwcie się na zapas!

Dzień dobry,

Widzicie to rozmazane zdjęcie? To zdjęcie czegoś, czego nie miałabym szansy nawet dostać w swoje ręce, gdyby nie ubiegłotygodniowe spotkanie w gmachu Uniwersytetu Rolniczego. Cóż to jest? To jest niezamierzona i przyjemna konsekwencja posiadania bloga o ziołach, ale zagadka rozwiążę się dopiero na końcu postu.

Właśnie mija pierwszy marcowy tydzień. Tydzień, w którym sporo podróżowałam, spotykałam się z różnymi ludźmi, ogarniałam przeróżne projekty i zbierałam, czasem zupełnie przez przypadek (wkrótce sami się przekonacie!) dziwne pomysły do Ziołowego. W tym tygodniu spotkało mnie jednak coś jeszcze.

Dwa razy zostałam poproszona o opowiedzenie swojej “osobistej historii” (w domyśle “historii osobistego sukcesu”) o tym, jak to się stało, że po ukończeniu studiów nie dość, że mogę robić to co lubię, to jeszcze jest to mój, jakby nie patrzeć, zawód. To nic, że ten zawód nie umożliwia mi jeszcze super wakacji czy kupna samochodu, ale jednak (tak stwierdzili moi rozmówcy) robię coś ciekawego, nietuzinkowego i się ciągle rozwijam.

Właściwie równolegle zapytali mnie znajomi z mojej Alma Mater oraz studenci z Uniwersytetu Rolniczego.

I tak się złożyło, że spotykałam się również ze studentami, którzy – pomimo, że studiowali zupełnie inne kierunki (humanistyczny i bardziej “konkretny” bo rolniczy) mają w sumie podobne obawy. Takie same, jakie miałam ja i osoby z mojego pokolenia, te same, które będą mieli studenci po nich. Równocześnie obawy, których nie mieli nasi rodzice, bo dawniej studia były nieomal rękojmią uzyskania odpowiedniej pozycji zawodowej czy społecznej.

Te klasyczne obawy to:

– Czy dobrze robię?

– Co robić na studiach, żeby mieć pracę?

Zawsze odpowiadam wtedy zgodnie z prawdą: rób, to co lubisz.

Wtedy część osób patrzy na mnie z lekkim niedowierzaniem, jakbym powtarzała farmazony żywcem wyjęte z broszur rekrutacyjnych uniwersytetów i uczelni wyższych. Wiecie, te o samorozwoju, ciekawym kierunku i kompetencjach interpersonalnych.

Tyle, że ja mówię zupełnie poważnie.

Studia to taki, czas, kiedy można się:

A) uczyć się, zakuwać, rozwijać intelektualnie  (wybierałam zazwyczaj wersję A)

B) imprezować i próbować się prześlizgnąć, rozwijać sieć znajomych

C) próbować łączyć A + B

D) w jakiś tam sposób próbować kształtować swoją przyszłą karierę starając się o staże czy wykonując ciekawsze lub zupełnie nieciekawe wolontariaty, coby mieć coś “w papierkach”.

Ale na studiach jest jeszcze wersja E.

Gdzieś pomiędzy imprezą i nauką, można znaleźć czas na rozwijanie swoich zainteresowań i po prostu robienia tego, co się lubi. Jasne, że są studenci, którzy od pierwszych lat studiów pracują (czasem w poważnych instytucjach) i studia traktują jako “zło konieczne dla papierka, który trzeba uczelni wyszarpać), ale większość studentów studiów dziennych ma jednak jakiś czas dla siebie.

Rozwijanie zainteresowań to nie jest strata czasu.

Lubisz rysować? Rysuj.

Grzebać w ziemi? Załóż sobie ogródek na parapecie i czytaj o roślinach.

Gotować? Gotuj.

Chcesz założyć bloga i pisać dla innych? Załóż.

Kiedy na trzecim roku studiów założyłam bloga nie wiedziałam jeszcze, dokąd mnie to poprowadzi. Właściwie nie wiem dokładnie do tej pory. Wtedy robiłam pierwsze fotograficzne kroki i moje zdjęcia były co najmniej brzydkie, posty chaotyczne, a o żywieniu wiedziałam tyle, że jest jakaś tam dietetyka. Poświęcałam część czasu na robienie tego co robię i podążanie za swoimi pasjami, co nie kosztowało mnie właściwie aż tak strasznie wiele (przynajmniej na początku;)), oprócz mojego czasu.

Mój kolega bardzo lubił rysować, przez całe studia coś tam szkicował (tak, czasem na wykładach) i teraz jest grafikiem, przygotowuje piękne ilustracje do gier planszowych i karcianych.

Moja przyjaciółka na studiach poznała chłopaka, który był fotografem, łyknęła bakcyla i kupiła swój pierwszy aparat. W wolne weekendy umawiała się z różnymi ludźmi na darmowe sesje zdjęciowe, potem kiedy było ją już stać na lepszy komputer, ślęczała wieczorami nad obróbką zdjęć. Teraz robi piękne sesje ślubne (które możecie zobaczyć tutaj) i jej kalendarz jest zarezerwowany na dwa lata do przodu.

Ostatnio rozmawiałam z inną przyjaciółką, która obecnie zaczyna się rozkręcać jako artysta-plastyk i powiedziała: “Wiesz Klaudyna, żałuję, że jak miałam czas na studiach, to tak mało rysowałam, a przecież lubiłam to robić, tyle się mogłam sama wtedy nauczyć…”.

Inna koleżanka interesowała się kulturą Indii, teraz prowadzi centrum dietetyki ajurwedyjskiej i jest instruktorką jogi.

Why so serious?

Jasne, że nie każdemu się udało (pamiętajcie, że mówimy o studiach humanistycznych), niektórzy wciąż szukają swojej wymarzonej pracy. Może będą pracować w zupełnie innych zawodach niż te, które pokrywają się z ich prywatnym hobby, ale jeśli tak o tym pomyśleć: to co  z tego? Te zainteresowania z nimi zostaną, nikt im tego nie zabierze. Na wyścig o pracę jeszcze znajdzie się czas.

I właśnie to powiedziałam studentom.

– Nie martwcie się tak strasznie na zapas, znajdźcie czas na to, co robicie. Chyba, że lubicie jedynie picie, wtedy niekoniecznie musicie rozwijać to hobby.

No dobrze, może nie ujęłam tego w taki ładny slogan jak teraz, siedząc przed laptopem, ale mniej więcej to miałam na myśli.

Studia są ważne, ale nie dają obecnie gwarancji pracy (pisałam o tym wiele i rozlegle w poście pod tytułem “co mi dały studia“). Nie zawsze sprawdza się chłodna kalkulacja na jakie kursy warto się zapisać i na jaki wolontariat wybrać, aby dobrze to potem wyglądało w CV i powaliło przyszłego pracodawcę na kolana. Zanim zakrzykniecie: “Ale staże są ważne, nie można mieć samych studiów!” uprzedzę: bardzo dobrze, róbcie sobie te staże, czy wolontariaty czy praktyki. Dobra sprawa.

Czasem jednak warto dać sobie trochę czasu na poznanie siebie i swoich pasji. Zupełnie na luzie. W końcu kiedy, jeśli nie na studiach? Uda się je zawodowo rozwinąć, super! Nie? Przecież po to masz dyplom uczelni wyższej, żeby być w miarę elastycznym i móc pracować w różnych firmach czy instytucjach. Zresztą, są osoby, które nie chciałyby, żeby ich hobby było ich pracą i również to rozumiem.

Rozsądne planowanie kariery zawodowej jest fajne, ale równie fajne i równie ważne jest rozwijanie swoich zainteresowań, a potem jeszcze morze cierpliwości i czekanie na odroczoną gratyfikację. Jeśli robisz to co lubisz: tańczysz, rysujesz, grasz w gry komputerowe* i chcesz być w tym coraz lepszy,  to nie będziesz żałować straconego czasu, bo to nie jest czas stracony – przynajmniej ja mogę powiedzieć tyle od siebie, jeśli ktoś pyta mnie o to, jak to się stało, że robię to co robię.

* nie wiem dlaczego dołączyłam gry komputerowe, ale w sumie popularny sport:)

ps.  A co z zamazaną roślinką?

Dostałam ją przy okazji rozmowy z panią doktor z UR. Podobno jest to jakiś rodzaj amazońskiej mięty, którą Indianie używają jako panaceum na wszelkie choroby. Przewiezionej przez znajomego znajomego w partyzancki sposób przez granicę, skitranej w walizce i rozmnożonej. Niestety, nie wiemy jaka jest nazwa łacińska tej rośliny, ale może jak trochę podrośnie, będę mogła wziąć się za dalszą identyfikację.