Moje pierwsze prawdziwe grzybobranie.

ja

 

Dzień dobry,

Czy często chodzicie na grzybobrania?

Dla mnie w zbieraniu grzybów jest coś niesamowitego i bardzo pierwotnego. Niie można ich tak po prostu posadzić (no dobrze, może boczniaki albo grzyby wschodnie;)) i oczekiwać zbioru o określonym dniu i godzinie. Trzeba czekać. Obserwować. Znaleźć własne tajemne miejsca. Grzyby są kapryśne. Kiedy wyjdziesz ze zbyt wielkim koszem, mogą się obrazić i nie znajdziesz ani jednego. U nas mówi się, że gdy zobaczysz nawet malutkiego grzyba musisz go zebrać: kiedy na grzybie jadalnym spocznie ludzkie oko jest już stracony dla świata natury.  Albo go zbierzesz albo przepadnie. Zgnije i zczernieje. Pewnikiem. Nie wiem ile w tym powiedzeniu jest prawdy: zawsze zbieram to co jest, nie kuszę losu.

Grzybom trudno się oprzeć. Wydaje mi się, że to spuścizna po zbieractwie naszych przodków. Niosąc kosz z grzybami czujemy się jak zwycięzcy z łupem wydartym naturze. Jak osoby z tajemną wiedzą albo wielcy szczęśliwcy, bo akurat udało się nam “utrafić”. Przynajmniej ja się tak czuję: nie potrafiłabym przejść obojętnie obok prawdziwka (o ile tylko go oczywiście zauważę). To taki dar od losu, który po prostu trzeba przyjąć, czuję ku temu jakiś wewnętrzny przymus. Choćby miał to być jedyny prawdziwek i choćbym miała potem ugotować tę zupę z jednym grzybem. W grzybach jest coś takiego, co nieuchronnie pociąga.

Myślę, że to po części ich ulotność i kapryśność sprawia, że kosz pełen grzybów daje taką satysfakcję. Ponieważ grzyby potrafią być kapryśne. Trzeba mieść dobre szczęście i oko, znajomość terenu ale to nie wystarczy. Mogą pojawić się falami, przynosząc ze sobą grzybową klęskę urodzaju (bo jak tu nie zbierać tych wszystkich kozaków, no jak?), mogą zaś skrzętnie ukrywać się przed wzrokiem nawet najwytrawniejszych grzybiarzy.

Dobrze wiemy jednak, że grzyby tak naprawdę nie znikają. To co widzimy to zaledwie wierzchołek góry lodowej, odrobinka całej skomplikowanej sieci życia. Oglądałam kiedyś film dokumentalny o grzybach. . Podziemne nitki grzybni, niczym podziemne sieci, mogą ciągnąć się kilometrami, rozgałęziać, oplatać korzenie i opanowywać nowe rejony. Kilometrami. Kiedy się o tym pomyśli, może zakręcić się w głowie.

Moje największe grzybobranie.

Tyle jeśli chodzi o skojarzenia.

Ponieważ tak naprawdę, grzyby bardziej mi się kojarzyły, niż realnie znajdowały się w moim koszyku.

W naszej rodzinie patrzy się na grzyby z dość dużą podejrzliwością (moja Mama jest pielęgniarką, więc to zrozumiałe, że jest podwójnie ostrożna). Kiedy byłam mała, zbierałam po łąkach pieczarki. Teraz łąk jest już malutko i pieczarek dawno nie widziałam. Latem i jesienią zbieramy głównie rosnące w zaroślach brzozowych maślaki i koźlaki, czasem trafi się borowik. Nie pamiętam żebyśmy przynieśli kiedykolwiek do domu kurki, gąski, opieńki  czy rydze.

Po części wynika to z ostrożności (“zawsze zbieraj te grzyby które znasz i  z siateczką pod spodem”), po części z tego, że nie ma w okolicy dobrych stanowisk (o których wiemy), po części też dlatego, że po prostu nie jesteśmy wytrawnymi grzybiarzami i dobrze jest grać bezpiecznie.

Tym razem jednak mogłam zaszaleć i zagrać nieco ostrzej. Nie martwcie się, nie straciłam rozsądku. Zawsze mówię, że na grzybach się nie znam, nie kozaczę (chyba, że chodzi o zbieranie kozaków;)) i sama nie zbieram tego czego nie znam.  Tym razem jednak nie byłam sama.

Wybrałam się do Łukasza Łuczaja po obiecane już od wiosny sadzonki przeróżnych róż (to ja byłam maruderem). Ponieważ róże nigdzie się nie wybierały i mieliśmy trochę czasu, wybraliśmy się na grzyby.

Było 30 stopni. I trochę sucho. Właściwie to około 14tej więc pora jak dla grzybiarza nieco nieogarniętego.

Pomimo tego zebrałam najwięcej grzybów, ile kiedykolwiek udało mi się uzbierać na raz. Zbieranie z kimś kto zna się na rzeczy i komu można zaufać co do identyfikacji jest szalenie przyjemne i satysfakcjonujące.

Zwłaszcza kiedy idziesz i zapełnia Ci się koszyk.

Świetnie uczucie, cieszyłam się jak dziecko.

Zbieraliśmy między innymi borowiki ceglastopore i kurki. Coś, czego nie robiłam nigdy sama.

Oto nasze zbiory w zbliżeniu.

30 stopni i 14 godzina.

Podobno to wcale nie jest dużo, właściwie to niewiele i w odpowiednim czasie można uzbierać tyle, że nie dasz rady unieść, ale dla mnie był to ogrom zbiorów.

zdjęcie (10)

Podzieliliśmy je potem prawie sprawiedliwie na pół.

Prawie, bo o ile kurki rozdzieliliśmy po równo, o tyle większość borowików dostała się mi. W końcu dziecku nie zabiera się zabawek, prawda? Poza tym nie mam w pobliżu stanowisk tych grzybów.

Jutro będzie zupa grzybowa, makaron grzybowy, resztę zamrożę albo ususzę.  Nie zmarnują się.

ja - Copy-2

Najciekawsze na koniec.

Chociaż właściwie wcale nie tak ciekawe.

Szukałam grzybów z przewieszonym przez ramię aparatem. Otworzyła mi się klapka do baterii i bateria gdzieś się wysunęła. Łukasz śmieje się, że grzyby wzięły swoją zapłatę, żebym mogła coś znaleźć.

Właściwie to się opłaciło, bo dwa kosze piechotą nie chodzą, ale do środy jestem uziemiona fotograficznie i filmowo: czekam na kuriera z baterią.

Bateria za dwa kosze grzybów, dobra wymiana?

ps. zbieracie?