Rozwiązanie konkursu z książką “Gotowanie dla geeków!”

Dobry wieczór,

Nadszedł czas na rozwiązanie konkursu w którym można było wygrać książkę Gotowanie dla geeków wydawnictwa Helion. Zanim jednak podam szczęśliwego zwycięzcę, pozwolę sobie na kilka słów:-)

Po pierwsze, dziękuję wszystkim za udział w konkursie. Przyznam szczerze, że nie spodziewałam się takiej jakości odpowiedzi: widać, że dokładnie przemyśleliście co chcieliście napisać i włożyliście w swoje propozycje sporo pracy. Dziękuję!Niektóre pomysły mnie zaskoczyły, niektóre rozbawiły.. Niektóre były poważne a inne zupełnie szalone. Przyznam, że bardzo trudno było mi wybrać tę “naj” (tak jak pisałam, wolałabym losować, ale cóż, regulamin nie pozwala;)). Wszystkim, którzy nie widzieli konkursowych odpowiedzi polecam zajrzenie do komentarzy w poście na temat Gotowania dla geeków. Warto!

Przypomnę na czym polegał konkurs. Zadanie konkursowe polegało na wcieleniu się w rolę redaktora rubryki kulinarnej w New York Times i opisaniu sposobu przyrządzania przepisu na potrzeby tego szacownego pisma. Przepisu z egzotycznego miejsca, którego nigdy nie widzieliście na oczy. Prawda, że niezbyt łatwe?

Oceniając Wasze pomysły (ah, jak nie chciałam tego robić!) postanowiłam brać pod uwagę przede wszystkim to jakie elementy składają się dla Was na proces przygotowania zupełnie nieznanego przepisu.  Wielu z Was pisało o potrzebie poznania lokalnej kultury i  historii. Postanowiliście sięgnąć do różnych źródeł: internetu, bibliotek, rozmów z pochodzącymi z danego kraju ludźmi, opiniami szefów kuchni..

Czytając Wasze propozycje, zastanawiałam się nad kilkoma rzeczami: czy i w jaki sposób sprawdzicie dostępność składników na lokalnym rynku (wielu z Was pisało o konieczności opisania podstawowych składników, spróbowania ich smaków i zapachów), skąd pozyskacie przepis (wskazywaliście głównie na źródła internetowe, rozmowy z ekspertami w danej dziedzinie)  oraz w jaki sposób go przetestujecie (co prawda nikt nie napisał że przygotowałby finalną wersję potrawy jeszcze kilka razy aby się upewnić, że zawsze wyjdzie tak samo, ale często przewijał się motyw degustacji lub gotowania z innymi osobami).

Zapraszam do przejrzenia konkursowych odpowiedzi oraz do zapoznania się ze wynikami!

Byłam zaskoczona tym jak szczegółowo niektórzy z Was opisywali co znalazłoby się w artykule (zdjęcia, rozkład informacji, dostałam nawet rozpiskę w formacie jpg!). Co prawda część Waszych artykułów zajęłaby więcej niż całą rubrykę (prędzej cały dział!;)), ale jestem pod wrażeniem Waszych pomysłów, naprawdę! Wybór był bardzo trudny. I nie piszę tego ze względów kurtuazyjnych: spędziłam godzinę czytając Wasze odpowiedzi po kilka razy i notując własne uwagi. Żałuję, że do rozdania mam tylko jedną książkę bo najchętniej wybrałabym kilka miejsc ex-aequo.

Coby oszczędzić Wam czczej gadaniny ogłoszę, że zwyciężczynią została werka777.  Jej odpowiedź przypadła mi do gustu między innymi dla tego, że zwracała uwagę na wielokrotne testowanie potrawy, dostępność składników (nie wiem, czy w czasopiśmie byłoby możliwe podanie nazw konkretnych sklepów, gdzie można dostać produkty, ale sam pomysł jest dobry!), wartość dietetyczną oraz czas gotowania poszczególnych składników. Na marginesie dodam, że sama niedługo będę opracowywać przepisy na kilka afrykańskich potraw, może skorzystam z uwag;) Oto zwycięska wypowiedź:

Cóż…w życiu nie zawsze jest łatwo. Nieraz i w pracy czekają na nas trudności, którym musimy stawić czoła. Uważam, że człowiek chcąc w życiu coś osiągnąć, powinien sporo od siebie dać. Gdybym miała za zadanie stworzenie przepisu pochodzącego przykładowo z Kenii, najpierw odwiedziłabym dwie osoby.

OSOBA NR 1
Pierwszą osobą byłby ktoś pochodzący z obszarów Kenii. Wiem, że poszukiwania byłyby żmudne i długie, ale w końcu kogoś bym znalazła. Ewentualnie mogłaby to być osoba, która przez jakiś czas przebywała na terytorium tego kraju i wie co nieco na temat jego kuchni i tradycji.

OSOBA NR 2
Drugą osobą byłaby moja babcia. Zaskakujące? Ja uważam, że ona potrafi zrobić wszystko. Z towarów spożywczych potrafi stworzyć prawdziwe arcydzieła pod względem wyglądu i oczywiście smaku.

Obie te osoby zostałyby przeze mnie poproszone o wykonanie danej kenijskiej potrawy. Na osobę nr 1 pewnie sporo bym wydała. Ale czegóż się nie robi do sukcesu. Babci starczyłaby pewnie dobra bombonierka i mój uśmiech (zawsze każe mi się odwdzięczać tym drugim).

Po kryjomu i sama wzięłabym się za gotowanie. Dlatego że moje zdolności kulinarne czasami zawodzą, nikomu nie powiedziałaby o tym, że sama podejmuję się wykonania potrawy.

Kiedy wszystkie trzy dania byłyby gotowe, zaprosiłabym rodziców oraz narzeczonego i wspólnie naśladowalibyśmy wykwintnych smakoszy. Uznalibyśmy w ten sposób która potrawa jest najlepsza. Raczej nie spodziewałabym się, że wybór padnie na moją, ale takowa mogłaby być przykładem do tego, czego nie należy robić z owym przepisem, żeby przestrzec ludzi. Nim jednak rozpoczęlibyśmy wyżerkę, każde danie miałoby zrobioną sesję fotograficzną. Ustawione byłoby na eleganckim stole, pokrytym czerwonym, aksamitnym materiałem. Obok talerza stałyby pewnie trzy malutkie, zapalone świeczki (w kolejności od najmniejszej do największej) oraz coś z kultury afrykańskiej (być może rzeźbiona figurka). W ten sposób zdjęcie stałoby się o wiele ciekawsze i zachęcające dla czytelników. Najlepsze z nich trafiłoby do gazety.

W zależności od tego, kto lepiej wykonał danie, z tą osobą musiałabym spędzić około dwóch godzinek, w celu przeprowadzenia dokładnego wywiadu dotyczącego przyrządzenia potrawy.

Następnym krokiem byłoby udanie się do mojego zacisznego miejsca, w którym znajduje się komputer. Włączyłabym sobie piosenkę, w tle której rozbrzmiewają afrykańskie bębenki i rozpoczęłabym tworzenie egzotycznego przepisu, niesiona rytmem obcych lądów.

Zapewne na początku opisałabym co nieco o Kenii. Oczywiście uniknęłabym nudnych faktów, jakimi są dane ludności powierzchnia, waluta czy też język urzędowy. Pokazałabym czytelnikom kawałek tradycji afrykańskiej i licznych niezwykłych dla nas obrządków. Wszystko byłoby zwięzłe i krótkie, ponieważ głównym tematem ma być potrawa. Wypisałabym jeszcze kilka ciekawostek kuchni kenijskiej oraz podstawowe produkty spożywcze tamtego rejonu. A potem w języku suahili (bo takiego używa się w Kenii) zaprosiłabym ludzi do przeczytania przepisu (oczywiście w nawiasie byłoby tłumaczenie).

Czytelnie, od myślników – wypisałabym wszystkie potrzebne składniki.
Następnie podkreślonym drukiem napisałabym podtytuł „sposób przygotowania” i rozpisałabym krok po kroku, jak ma wyglądać cały proces tworzenia. Aczkolwiek pamiętając o amatorach, którzy dopiero co rozpoczynają swoją przygodę z kuchnią, nie pisałabym przykładowo czegoś tak ogólnikowego jak „ugotować paprykę czy też kukurydzę”. Te informacje byłyby bowiem wzbogacone o to, jak długo trzeba poszczególne rzeczy gotować. Jednym wydaje się to oczywiste, ale drugim nie. Dzięki temu przepis byłby w zasięgu ręki każdego człowieka.

Na końcu napisałabym sieci sklepów, w których można zakupić trudno dostępne produkty o wyszukanych nazwach, ponieważ w kenijskim przepisie takowych byłoby sporo.

Udałabym się także po pomoc do dietetyka, który określiłby ilość kalorii takiego dania i także taką informację umieściłabym obok przepisu. Niektórym wydaje się to zbędne, ale są i tacy, którzy bardzo dbają o linię.

Dzięki temu, że wcześniej sama przygotowywałabym danie, mogłabym także przestrzec ludzi na koniec artykułu o tym, czego powinno się unikać przy robieniu owego dania, ponieważ może wtedy ono niezbyt się udać.

Całą pracę zakończyłabym wyrażeniem: Furahieni chakula chenu! – co w języku suahili oznacza nic innego, jak „smacznego”.

Studiując potem całą stronę z artykułem, rozmyślałabym nad ciekawym tytułem. Myślę, że przyciągającym byłoby przykładowo: Nyama choma – czyli kuchnia w klimacie Afryki, lub też Matoke – kenijski sposób na owoce – wszystko zależałoby od tego, jaka potrawa będzie motywem artykułu. Zapewne w nagłówku znalazłaby się jej nazwa i krótka wzmianka, że jest to kuchnia Afryki.

 

Chciałabym symbolicznie wyróżnić jeszcze kilka odpowiedzi, które bardzo mi się podobały! Sami przyznajcie, że wybór był trudny!

baba Jaga (jako moja koleżanka ze studiów nie brała udziału w konkursie;)). Agnieszka napisałaby monografię zamiast przepisu, ale i tak mi się podobało!

Największe prawdopodobieństwo:
-odnajduję jakiś odpowiednik ,,Ogrodów koralowych”, dotyczący tej Nikaragui czy Nowej Gwinei, doszukuję się w nim nie tyle opisów rolnictwa, co przygotowywania potraw. Plus przegląda tonę przewodników i książek kucharskich.
-przeglądam zasoby sieci. Drukuję i tłumaczę przepisy.
– deadline mija, a ja nawet nie skończyłam lektury, bo okazuje się, że o kuchni są jeszcze ze 3 tomy tych dzieł zebranych ;)

Ale że podobne opcje powyżej już zostały zaproponowane, polecam inny przepis:

Składniki:
•1-3 przedstawicieli danej kultury (skoro mieszkamy w NY City, to na pewno się znajdą; centra kultury, sklepy, Internet, może zapytać tego grajka z metra, a później metodą ,,kuli śnieżnej”;)
•Dużo czasu (Krok 1: zapytaj red.nacza o deadline!)
•Produkty spożywcze dostępne bez wyjazdów zagranicznych ;)

Wykonanie:
•Dotrzeć do osoby, która z tego kraju pochodzi (substytut dla dziennikarzy spoza NY: znajdź przynajmniej kogoś, kto długi czas na tej Nowej Gwinei mieszkał); nie musi być szefem kuchni, ale niech zna przynajmniej ze 3 przepisy i umie je zrealizować ;)
•Przeprowadzić z nią wywiad z perspektywy totalnego laika (Nie czytać przedtem nowogwinejskiego Malinowskiego! Ani żadnych przewodników! Pokażesz czytelnikom, że każdy może tę Potrawę ugotować, a kuchnia niech się stanie pierwszym krokiem w stronę nowego zainteresowania, ale już PO degustacji)
•Wszelkie składniki zakupić. W sąsiedztwie. A przynajmniej nie wyjeżdżając z miasta. Czytelnikom w artykule dokładnie podać, GDZIE to można dostać i JAK te rzeczy (tj. egzotyczne warzywa czy przyprawy) wyglądają; ew. podać linki do sklepów internetowych, jeżeli coś jest niedostępne w inny sposób.
•Ugotować coś wspólnie, pod bacznym okiem Naszego ,,autochtona”.
•Zrobić dużo gastro-pornograficznych zdjęć, żeby było z czego wybierać.
•Zjeść Potrawę. Przeżyć bez problemów zdrowotnych ;)

Ostateczny wygląd artykułu:
•Chwytliwy tytuł z nazwą dania. Może brzmieć poetycko albo szokująco. Ale unikamy grafomanii w reszcie tekstu, inaczej red.nacz. go odrzuci ;)
•Lead wyjaśniający Nasze intencje (piszemy, że wchodzimy w temat z zerową wiedzą o tej kuchni, by pokazać, że nie tylko specjalista da radę, etc.)
•Wywiad z Naszym autochtonem – gawęda kulinarna z kulturą całego kraju czy biografią gościa w tle.
•Lista składników+ dokładne wskazówki, gdzie w tym NY można je kupić.
•Opis: krok po kroku + kilka zdjęć z poszczególnych etapów przygotowania.
•Zdjęcia z finału: samo danie + Nasz gość, z wielkim uśmiechem je konsumujący (potwierdza autentyczność przepisu ;)

Bardzo podobał mi się także wpis Inki

Witam, podeszłam do zabawy w następujący sposób:

– Cześć Inka! -moje imię po tym przeraźliwym krzyku słyszałam jeszcze długo w oddali jakby ktoś ciągle ode mnie czegoś chciał – Jest 21 i wiem, że zaraz miałaś wychodzić, ale – to ‘ale’ w tym momencie wydało mi się kulą u nogi – jest jeszcze artykuł do napisania o „Kuchni Papui – Nowej Gwinei – narodowe danie”.
Wysoka poprzeczka, pomyślałam i opadłam z sił.
– Czy jest coś jeszcze co jest mnie dziś w stanie zaskoczyć?
– Tak, ten artykuł jest na wczoraj, masz jakieś 12 godziny – i usłyszałam tylko oddalające się ode mnie kroki.
– No to od czego by tu zacząć…?
Internet, o tej porze nic innego nie wymyślę, rany a gdzie to w ogóle jest – super w końcu nie skończyłam Yale, mogę nie wiedzieć hi hi. Zaparzyłam mocną kawę i usiadłam przed monitorem komputera na wytartym od pracy krześle – cokolwiek i z czymkolwiek by się komuś mogło kojarzyć – jestem profesjonalistką i zrobię to, poczułam jak kawa przepływa przez mój organizm dodając mi sił i wznosząc podekscytowanie, całkiem niezrozumiałe – ponieważ miałam już wychodzić do domu, a jednak coś we mnie zaskoczyło. Po przeszperaniu internetu nie dowiedziałam się wiele jestem zdana na siebie i intuicję, wiem tyle, że Papuańczycy podają zwykle na obiad ryż z rybami, albo kilkoma rodzajami mięs. Zaczynam od początku plan jest taki:
1. Dowiedzieć się gdzie dostanę książkę kucharską tego państwa.
2. Poczytać o historii z wyszczególnieniem klimatu, rolnictwa, kultury Papuańczyków.
3. Przeszperać wszystkie możliwe strony o kuchni Papui-Nowej Gwinei.
4. Poszukać ewentualnych kontaktów, skontaktować się z kucharzem z Indonezji może ktoś taki byłby w stanie mi pomóc, w końcu (jak się okazało są to obszary sąsiadujące ze sobą, podejrzewam, że klimat byłby podobny i kuchnia możliwie również.
5. Wybrać główną potrawę do artykułu i zaopatrzyć się w składniki.
6. Składniki to podstawa, rozłożyłabym je przed sobą i najpierw opisałabym ich kształt i wygląd, później postawiłabym na spróbowanie ( w miarę możliwości wszystkich ) i opisania wrażeń smakowych (spróbowałabym porównywać do tych mi znanych odpowiedników – szukać i zarazem łączyć ).
7. Po opisaniu wrażeń, zajęłabym się kompletowaniem przepisu zakładając, że wszystkie składniki raczej bym dostała, zawsze zakładam tą lepszą stronę inaczej nie pracowałabym w The New York Times :)).
8. Jeśli znalazłby się jakiś kucharz, który by wiedział coś o tej kuchni zrobiłabym wszystko, by znaleźć się z nim ‘przy garach’, i tak też zakładam inaczej nie dostałabym tego zlecenia – jestem tego pewna.
9. Zrobiłabym kilka zdjęć, opisałabym całość jak doszłam do końca w poszukiwaniach i zakończyłabym artykuł starając się tak opisać całe przedsięwzięcie kucharzenia i poszukiwań smakowych by każdy zapragnął przynajmniej w najmniejszym dla siebie stopniu poszukać w swojej okolicy restauracji w której mógłby zjeść takie danie. No nie wspominając, że mógłby też tak jak ja zapragnąć tam jechać by się przekonać na własnym ‘języku’.
Redaktor naczelna nie była zdziwiona tym, że artykuł był gotowy – zdziwiła się tylko rachunkiem, jaki miałam do zapłacenia za wszystkie składniki i książki no i ‘wypożyczenie owego kucharza i jego kuchni’. Żebyście mogli zobaczyć jej minę!
Ja mogę jej tylko dziękować, ze mogłam poznać coś uśpionego we mnie – miłość do egzotycznej kuchni!

Wow, to się napociłam.
Pozdrawiam serdecznie.

Wpis małgo rozbawił mnie do łez (masz talent dziewczyno!):

Zaczynając od momentu, gdy szef oznajmia mi cudowną nowinę, jakobym miała tydzień na przygotowanie zupełnie nieznanej mi potrawy z ZUPEŁNIE nieznanego mi regionu…
Informację, owszem, przyjmuję z uśmiechem, ale w głębi duszy marzę, by Szefowi urósł kaktus na ręce. Mrucząc coś pod nosem wlokę się z powrotem do swojego boksu i skarżę się koleżance obok jak w… jestem, jak dużym ch… jest Szef, i ogólnie mam teraz przej… Po spędzeniu reszty roboczogodzin (w trakcie których wypijam dodatkową kawę i wypalam o 1 papieroska więcej – to z nerwów) na wysłużonym fotelu wsiadam do autobusu i – po drodze zahaczając o jakiś mały sklepik – przekraczam próg mieszkania w mało bojowym nastroju. Nie żebym się przejmowała, ale tak od niechcenia „gugluję” najpierw Danie, które mam opracować, a następnie oferty pracy, gdyż potrawa okazuję się być bardziej zagadkowa, niż ostatnia wyprawa po pastę do zębów i związana z nią dziura budżetowa. Nie, jednak idę spać.
Przy śniadaniu spoglądam znad croissanta na wydrukowaną na szybko przetłumaczoną wersję oryginalnego przepisu i choć teraz staram się o tym nie myśleć, nie mogę pozbyć się widma krążącego nade mną Dania. Roboczogodziny dnia 1. upływają mi na przeszukiwaniu dziesiątek witryn internetowych z rozmaitymi tips & tricks, które byłyby mi pomocne w gotowaniu, ale nie są, ponieważ (niestety) nie jestem jedną z 50 osób posługujących się tym językiem. Przy entej stronce do głowy wpada mi pomysł: czemu by nie przetestować Dania na kilku osobach? Idea wydaje się być genialna, ale gorzej z wykonaniem. Na wieść o moich kuchennych wojażach 80% znajomych nie będzie w domu, pozostała część, choć bez wymówki, nie jest zbytnio zachwycona wizją karmienia ich czymś dziwnym. Po pracy znów zahaczam o osiedlowy sklepik wynosząc z niego całą siatkę składników na Danie, dwie butelki wina po 18,90 i puszkę orzeszków. Wchodząc do mieszkania pamiętam o zrzuceniu mokasynów, zakładam stopy potwora z podeszwą antypoślizgową i – czekając na przyjaciółkę – przeglądam albumy o świecie, jedne z wielu świątecznych .pamiątek, w poszukiwaniu najdrobniejszej choć wzmianki o regionie, z którego pochodzi przepis. Dwie (może trzy…) godziny (za to na pewno dwie butelki wina i paczkę orzeszków) później przyjaciółka proponuje podjęcie próby przygotowania Dania. Początkowo myślę, że wymienia z nazw nowe środki pielęgnacji parkietu, ale gdy próbuje trafić do lodówki odczytuję jej prawdziwe intencje.Koło 23 towarzyszka chochli stwierdza, że musi już wracać do domu, a ja jestem bogatsza o nowe wnioski:
1. Zawsze zaczynaj od pkt 1. w przepisie
2. NIGDY nie otwieraj torebki z ryżem cążkami do skórek.
Opis dnia drugiego mogę zacząć tak naprawdę od momentu, gdy Szef na odchodne przypomniał mi, że chciałby widzieć jakieś zdjęcia w tym nieszczęsnym artykule.Nie, dziś nie mam do tego siły.
Za to trzeci dzień jest pełen emocji. Zaczynając od zapisania kolejnego wniosku (3. Zaopatrz się w potrzebne produkty) udaję się na targ miejski po kilka niezbędnych warzyw. Niestety zamiast chłonięcia atmosfery bazarku skupiam się raczej na rozkodowaniu hasła opisującego coś podobnego do ziemniaka i odróżnianiu dostatecznie wyrośniętych pomarańczowych czychś od tych niedorozwiniętych. Z braku podłużnych tamtych o biorę trochę tych zwyczajnych. Pełna optymizmu dzwonię do M, aby przyszedł na kolację i zabieram się do gotowania. Mając pierwowzór Dania na kartce obok kuchenki rozpakowuję siaty i biorę się do pracy. Duża ilość chilli od razu rzuca się w oczy, ale co tam.
4. Ogranicz ilość chilli, jeśli nie chcesz gasić pragnienia pomidorową z dnia poprzedniego, a kolację zjeść w makdonaldzie.
Dobrze, że kupiłam podwójną ilość warzyw, bo dziś próba nr 2. Przetrząsnąwszy lodówkę stwierdzam, że brak śmietany nie jest chyba tak straszny, by lecieć po nią do osiedlowego, więć pod koniec dolewam jogurtu. Z ziarnami. Dopisując kolejny wniosek (5. Nigdy nie używaj jogurtu z ziarnami, chyba, że masz w portfelu drobne na pizzę) w swoim wirtualnym dzienniku czekam na pizzę z kurczakiem, bo przecież od białka się chudnie.
Szykując się do pracy i w biegu pochłaniając ostatnie kęsy kanapki z żółtym serem i powidłami od mamy wciąż mam przed oczyma nieszczęsne Danie i moje dwie jeszcze dziwniejsze wersje. Wiem jedno: ten artykuł to będzie mocna rzecz. Proszę szefa o wolne popołudnie, które zużywam na zakupach i wizycie w księgarni, gdzie dowiaduję się, że do wypłaty mogę zapomnieć o nowej części felietonów Jeremiego. Informacja o stanie konta wstrząsa mną tak bardzo, że po powrocie po raz trzeci umieszczam kartkę z Daniem koło kuchenki i dokładnie, w skupieniu podążam śladami wskazanymi mi przez przepis. Et voila! Kilka nacięć na palcach i przekleństw później na moim stole pojawia się Danie kropka w kropkę identyczne z tym na obrazku. Jeszcze tylko zdjęcie jakże nieprofesjonalnym aparatem i czas na degustację! Pierwszy kęs i…Za mało soli! OK, zdarza się… Trochę za dużo papryki… „Pomarańczowe coś” smakuje jak, hmm, ziemniak. Niby spoko, ale czy to z kolei pasuje do ryżu?… Skończyło się na tym, że dałam jeszcze trochę soku z cytryny, wygrzebałam to pomarańczowe, a ryż wylądował w osobnej miseczce w lodówce.
6. To, że brzmi i wygląda egzotycznie, nie znaczy, ze jest lepsze, niż schabowy.

pozdrawiam :)

Kasia sprawiła, że zaczęłam żałować, że sama nie jestem redaktorką w New York Times:

Zakładając, tylko hipotetycznie, że staję się redaktorką w New York Times’ie (co nigdy nie będzie miało miejsca ;-), i tylko hipotetycznie, że akurat trafia mi się przygotowanie artykułu kulinarnego (co również jest nieprawdopodobne ;-), i tylko hipotetycznie, że ktoś ten artykuł wydrukuje :-) co tam wydrukuje, że ktoś go będzie czytał, zachwycał się lub postanowi wypróbować przepis :D Oh, przecież to tak nierealne jak używanie przeze mnie w kuchni ciekłego azotu ;-)

Wracając do naszych hipotez… Hipotetycznie ;-) wybieram sobie rejon świata, w którym nigdy nie byłam (a chciałabym być! … może dzięki popularności mojego artykułu wreszcie będzie mnie stać na egzotyczną wycieczkę ;-), i z którego kulturą i ludźmi nigdy nie miałam do czynienia. I nie rzucam się od razu po przepisy, nie. Pierwsze co robię, to staram się znaleźć jak najwięcej informacji o kulturze, tradycji, zwyczajach i geografii wybranego regionu. Jeśli nie mogę wybrać miejsca i jego kuchni, które znam z doświadczenia, wiem i muszę jak najlepiej poznać ludzi i region, do którego zmierzam tylko wyobraźnią. Wreszcie „poznaję” ludzi, ich wygląd, zachowania (oglądając choćby krótkie filmiki na youtubie ;-), obyczaje.

I tylko hipotetycznie ;-) wybieram najciekawsze informacje na temat regionu i jego mieszkańców, by na początku artykułu zapoznać i zainteresować swoich czytelników. Nie obędzie się bez kilku zdjęć, pięknych krajobrazów :-) Wybieram zdjęcia wyjątkowo kolorowe, przepełnione informacjami, zdjęcia, które żyją i wołają „przyjedź, nie pożałujesz”.

Następne akapity poświęcam tradycyjnej kuchni danego regionu, opisowi królów wśród warzyw i owoców, wśród deserów, czy codziennych obiadów, kolacji, śniadań. Czarując milionami przymiotników, staram się przenieść każdego czytelnika do kuchni pełnej egzotycznych smaków. Zapraszam do wypróbowania tradycyjnego dania, dania jednocześnie prostego i eleganckiego, dania które nie potrzebuje i nie wymaga od moich odbiorców wycieczki do tropików w celu znalezienia potrzebnych składników, dania, które przygotowuje się prosto, szybko, i podaje ze smakiem.

Może wybrałabym sałatkę? Większość z nich przygotowuje się szybko i bezboleśnie ;-) Tuż pod tytułem mojej potrawy (której daruję całą stronę) umieszczam listę składników, z prawej strony i w tle prezentujemy profesjonalne zdjęcie, które woła „zjedz mnie!”, poniżej zaś w kilku punktach kroki przygotowania. W życiu często kieruję się zasadą „im mniej, tym lepiej”, i myślę, że w przypadku wybierania potrawy, będzie składała się z niewielu składników. Dlatego zwracam uwagę na dostępność produktów, ale i połączenie smaków, które powinno (tylko hipotetycznie ;-) spodobać się jak największej liczbie odbiorców. Może dodałabym też swoją opinię na temat smaku wybranej potrawy? Bo przecież zapewne przygotowałabym ją w naszej kameralnej kuchni. Może poprosiłabym o skomentowanie potrawy jakiegoś podróżnika? Może ktoś z moich znajomych (bo przecież obracam się w światowej sławy towarzystwie ;-) był TAM i JADŁ? Może…

I tylko hipotetycznie, pod koniec artykułu wracam wyobraźnią i słowem do tych dolin i kotlin zielonych, opuszczonych murów, wydeptanych ścieżek, bajecznie kolorowych pióropuszy czy poncho… do tych fajek pokoju ;-) Wreszcie żegnam się z moimi czytelnikami zachodem słońca, uśmiechem… Lecz tylko na krótko, by po chwili zaprosić ich do następnej wyprawy kulinarnej :-) I tylko hipotetycznie, wyprawy w nieznane :-)

Więcej  kreatywnych odpowiedzi na zadanie konkursowe znajdziecie w komentarzach do recenzji książki Gotowanie dla Geeków.

Jeszcze raz dziękuję wszystkim za udział  (mam nadzieję, że zajrzycie do mnie jeszcze!), gratuluje wygranej i proszę laureatkę o kontakt e-mailowy (atria@klaudynahebda.pl) w celu uzyskania danych do wysyłki.

Miłego dnia!