Zapach świeżych malin. Recenzja książki.

Dzień dobry,

Dziś chciałam zaprosić Was do przeczytania recenzji ciekawej książki (około) kulinarnej – Zapach Świeżych Malin, napisanej przez regionalistkę Krystynę Wasilikowską-Frelichowską.

Książka jest ciekawym kolażem-opowieścią o kuchni i ludziach żyjących w przedwojennej Nieszawie, przetykana przepisami, wspomnieniami i archiwalnymi fotografiami przedstawiającymi świat, który już dawno odszedł..

Zapraszam!

ps. książkę otrzymałam do recenzji dzięki uprzejmości księgarni internetowej Gandalf.

Zapach Świeżych Malin. Video recenzja (dobrze jest oglądać w HD):

 

Książka Zapach Świeżych Malin spodoba się zwłaszcza tym, którzy uwielbiają podróże w czasie oraz historię przedwojennej kuchni (a wiem, że takich osób jest coraz więcej!). Dzięki tej książce można się przenieść nie tylko w czasie ale i w przestrzeni – autorka portretuje wielokulturową społeczność miasta – głównie z perspektywy jedzenia i kulinariów.

Autorka jest regionalistką i co dla mnie jest dużym plusem, opisuje nie tylko wspomnienia mieszkańców, ale sięga też do historii, ksiąg miejskich etc. Bardzo lubię książki, które mają za sobą szczyptę informacji dotyczących historii czy kultury (danego regionu, potrawy etc.) i muszę powiedzieć, że ta książka zaspokoiła moje oczekiwania w tej materii:-)

Fragment książki Zapach Świeżych Malin..

Znajdziemy tutaj więc opisy kuchni polskiej, niemieckiej, żydowskiej czy kresowej – wszystkie te elementy można było zobaczyć w przedwojennej Nieszawie. Przed wojną miasto zamieszkiwali Niemcy, Rosjanie, Żydzi, Holendrzy i rodzina Węgierska – jak widać, mozaika etniczna miasta była bardzo zróżnicowana! Przekładało się to także na kuchnię – jak wiadomo to właśnie jedzenie jest jednym z elementów, które najłatwiej przekraczają granice czy stereotypy – możemy nie lubić innych, ale jest duża szansa, że jeśli posmakuje nam ich jedzenie, nie będziemy mieć nic przeciwko włączenia go do swojej kuchni.

Wstęp do rozdziału poświęconego społeczności żydowskiej:

Przykład mirażu polsko-niemieckiego opisuje jeden z rozmówców, Jerzy Roge:

Mój ojciec wywodził się z bardzo starej i znanej w Nieszawie rodziny niemieckiej (…) Małżeństwo ojca z Polką, rodowitą nieszawianką otoczoną rodziną z  przewagą kobiet, przyczyniło się do tego, że mama niechętnie wprowadzała zapożyczenia kulinarne z domu rodzinnego ojca. Myślę, że najtrafniej jest powiedzieć, że rozkochała go w polskich smakach i smakołykach. Pamiętam ojca stojącego przy stolnicy, wałkującego na milimetrowej grubości płaty ciasta makaronowego do rosołu. Z perspektywy czasu wiem, że w naszym domu zazębiały się wpływy kuchni polskiej i niemieckiej.

Przytoczyłam Wam ten dość obszerny fragment, żebyście mogli zobaczyć, co czeka Was przy lekturze książki – solidna garść wspomnień, przetykana opisami etnograficznymi czy historycznymi.  Pani Krystyna zajrzała zarówno do kuchni ludzi zamożnych, jak i biedniejszych mieszkańców – pisze o ważnych dla społeczności miejscach, takich jak kościół czy.. piekarnia (to właśnie do piekarni gospodynie przynosiły swoje gotowe ciasta: piekarnia oprócz sprzedaży chleba, świadczyła także usługi wypiekania ciast czy pasztetów). Opis nie byłby kompletny bez rozdziału o obrzędach przejścia czyli chrzcinach, pogrzebach i stypach.

Wstęp do książki Zapach Świeżych Malin – dla posmakowania..

Jeśli chodzi o przepisy – część bazuje na wspomnieniach mieszkańców i prawdopodobnie pochodzą z kuchni nieszawskich gospodyń. Może mielibyście ochotę spróbować amoniaczków?

Jak wspomina pani Elżbieta Ococińska:

Przez drogę zastanawialiśmy się, jaka niespodzianka nas czeka i co też pysznego do zjedzenia będzie u babci. Natychmiast mieliśmy gotową odpowiedź: amoniaczki! Kruchusieńkie, rozpływające się w ustach ciasteczka, z przepyszną, powstałą z zapieczenia rozbełtanego jajka skorupką, posypaną kryształem, czyli grubym cukrem.

Innym ciekawym przepisem znajdującym się w książce jest przepis na chleb z fusami kawy – kto wie, może kiedyś spróbuję?

W książce znajdziecie też przepisy na potrawy, których pewnie nie będzie dane Wam spróbować – np. na „świeżynkę”, czyli danie przygotowane z mięsa świeżo ubitej świni – cały pomysł polega na tym, żeby w potrawie znalazły się różne części tuszy – podobno swój specyficzny smak zachowuje przez 24 godziny po uboju. Świeżynkę widuję czasem w grillach przy ogródkach barowych, ale wziąwszy pod uwagę wymagania dotyczące świeżości mięsa, nie ma ona z oryginałem wiele wspólnego. Nawiasem mówiąc, informacje o świeżynce, pochodzą z rozdziału pod uroczym tytułem – Była świnka jest wędlinka :-)

Fragment książki:

Z książki wyłania się obraz zróżnicowanego społeczeństwa, które jednak żyje ze sobą (w miarę) zgodnie. Kuchnia jest zróżnicowana, jednak bez ekstrawagancji. Dużą rolę pełnią w niej owoce, warzywa i świeżo złowione ryby.

W książce jest też wiele archiwalnych zdjęć..

Kuchnia nieszawska, tak jak ogólnie kuchnia przedwojenna, jest kuchnią oszczędną – nic nie ma prawa się zmarnować, wszystko powinno zostać wykorzystane i przetworzone. W książce przewija się bardzo dużo nazwisk i wspomnień konkretnych osób – zapewne będzie to dużo ciekawsze dla rodowitych nieszawian, którzy w lekturze mogą odnaleźć historie o przodkach czy znajomych. Niemniej, jeśli lubicie tego typu lektury, Zapach Świeżych Malin jest bardzo ciekawym pomysłem książkowym – nie tylko na gorące, letnie wieczory.

Polecam, równocześnie trzymając kciuki, żeby na polskim rynku wydawniczym pojawiało się więcej książek tego typu.

Zapach Świeżych Malin,

Krystyna Wasilikowska-Ferlichowska

Wydawnictwo PWN

książka nie ma sugerowanej ceny detalicznej, w księgarni Gandalf kosztuje niecałe 33 złote.

 

  • Pingback: "Zapach świeżych malin", Krystyna Wasilkowska-Frelichowska : ksiazki.TV()

  • Bardzo ciekawie zapowiada się ta książka:) lubię takie książki z charakterem:)

  • Agi

    Uwielbiam takie wspomnienia, stare historie o ludziach i miejscach…napewno przywołają moje osobiste wspomnienia i zapachy i opowieści cioci w ciepłe letnie wieczory. Ostanio kupiłam sobie francuskie perfumy bo przypominają mi pewnien zapach z dzieciństwa :)maleńkie dziekie gruszki z kompotu, które wyjadałam ze słoika jako deser na wakacjach u babci…Dzieki Klaudyna na piękną propozycję książki na lato. Ach…nie mogę się doczekać :)

    • Oh! Też mi przypomniałaś – jak byłam dzieckeim to kupiłąm Babci takie oszukane, francuskie perfumy za trzy złote;) Do tej pory prześladuje mnie ich zapach;)

  • WoW! jestem zaintrygowana jeszcze bardziej!
    Dzięki!:)

  • Zapowiada się ciekawie :) Od dziecka zawsze fascynowało mnie jak to „było przed wojną”, dlatego też z ogromnym zainteresowaniem słuchałam historii mojego dziadka. Z niezwykłą ochotą wróciłabym czasem kulinarnie do tamtych czasów, do braku pośpiechu, zdrowego jedzenia, zapachu kuchni z piecem opalanym drewnem…

    • hmm, ja mam mieszane odczucia co do okresu przedwojennego – owszem, mogłabym wrócić, ale pod warunkiem, że byłabym bogatą osobą;)
      Moi Dziadkowie też z sentymentem wspominają „tamto jedzenie’, ale wspominają tez, jak trzeba było pracować u szlachica za trochę jedzenia, jak było biednie, jak lasy były prywatne i niedaj boże jakiegoś zająca tam upolować…

      U mojej Babci w domu było trochę lepiej, ale np. dziadek mieszkał razem z krową i kurami w jednym domu (jedna izba krowy, jedna izba – ludzie). Także mam sentyment, ale z daleka:)

      ps. piec opalany drewnem mamy jeszce u Dziadków, może kiedyś z nim poszalejemy i coś zrobimy:)

  • Ta książka jest na mojej (bardzo obszernej) liście „do przeczytania po obronie”. Już nie mogę się doczekać.

    • To i tak jesteś lepsza niż ja, bo masz obronę w głowie – ja mam obronę NA głowie i zamiast kończyć mgr, czytam książki;)