Relacja z wodnych (i naprawdę fajnych) warsztatów z BRITA.

brita-7347

Dzień dobry,

Dzisiaj zapraszam Was na nie-tylko-fotograficzną relację z warsztatów kulinarnych, w których miałam niedawno okazję uczestniczyć. Jak pewnie wiecie, ostatnio żyję praktycznie w pustelni ,ekhm, ekhm, na końcu Nowej Huty i na warsztaty wybieram się rzadko. Zwłaszcza do Stolicy (którą wręcz uwielbiam wiosną).

W ramach współpracy z BRITA zostałam jednak wyciągnięta z mojego komfortowego gniazdka na końcu świata (tak przynajmniej twierdza moje koleżanki, kiedy dojeżdżają tu tramwajem), właśnie na warsztaty z Grzegorzem Łapanowskim. Powiem Wam szczerze, że to były jedne z najfajniejszych warsztatów w których brałam udział.  Krótkie, rzeczowe, z czasem na rozmowę i relaks oraz z cała masą fantastycznych składników, które pokażę Wam dalej!

 

Mała dygresja, ponieważ dzień bez dygresji jest dniem straconym;-).

<—- oto dygresja, którą można pominąć, bez szkody dla swoich przeżyć estetycznych —->

Na blogu zobaczycie dwa rodzaje zdjęć: zdjęcia jedzenia, warzyw etc. są oczywiście moje, zaś zdjęcia „mnie/nas” wykonywał zawodowy fotograf. Wiecie, pomyślałam sobie, że fotografia kulinarna to jest jednak magia. O ile zdjęcia ludzi fotografowi wyszły bardzo fajne, ciekawe kadry i tak dalej, to zdjęcia jedzenia w świetle softboxu, na tle paneli, wyglądały po prostu.. smutno. Te cudeńka zasługiwały na więcej! Kiedy mam przed sobą jakaś potrawę, widzę w niej miniaturowe dzieło sztuki, coś, co warto sfotografować i pokazać, coś co przed chwilą wyszło spod rąk zręcznego kucharza. Dla mnie jedzenie to coś nieomal żywego, czasami z pogranicza innego świata. Więc taka dygresja: niby tak wiele osób ma aparat, a fotografowania można się uczyć całe życie i od razu widać, czy fotografujesz to, co po prostu lubisz i z czym czujesz się dobrze. Mi na przykład nikt nie dowierza, że nie potrafię fotografować ludzi;).

<—- koniec dygresji —>

Warsztaty o wodzie?

Tak, to były warsztaty nie tyle o wodzie, co z wodą w roli głównej. W sumie więc można było poszaleć:). Najpierw czekała nas część teoretyczna, której nie będę Wam streszczać bo w dużej mierze dowiedzieliśmy się tego, co czytelnicy Ziołowego Zakątka już wiedzą. Przynajmniej Ci, którzy przeczytali post właściwościach chemicznych wody i rodzajach filtracji:-). Ponieważ jestem dziwna, dla mnie wszystkie rzeczy techniczne były bardzo ciekawe. Zwłaszcza, że opowiadała osoba bardzo kompetentna, pani Maja Kulikowska, która od 10 lat pracuje w BRICIE. W pewnym momencie dyskusji – w sumie nie ważne jakim – powiedziała wprost: „Niestety, nie mam przeprowadzonych badań w związku z taką a taką konkretną sprawą i nie mogę się wypowiedzieć”. Taka postawa zawsze mi imponuje. Ale to tak na marginesie mojej dziwności.

 Pani Maja o wodzie wie chyba wszystko..WARSZAWA BRITA WARSZTATY KULINARNE

O czym mówiła pani Maja?

W skrócie: woda filtrowana i demineralizowana to dwie inne bajki. Polacy nie lubią pić wody z kranu i czują do niej niezrozumiałą, nawet w XXI wiecznym świecie słowiańskim, awersję (Czesi i Słowacy podobno nie uważają, że ich woda zabije), zaś wedle ich badań, Polska ma całkiem niezłą wodę wodociągową zarówno na wyjściu z wodociągów jak i w kranie. Że na temat wody krążą różne mity, że jest niezdrowa, pełna bakterii, rury są w strasznym stanie etc. Po mojej dzisiejszej kąpieli, gdzie cała wanna znowu była pełna żółtej, zażelazionej wody, nie mogę miejskim wodociągom wystawić laurki, ale generalnie wierzę, że ta woda z kranu nie jest zła, a na pewno nie jest zabójcza/niezdrowa, bo normy się jednak dość ostro egzekwuje.

W każdym razie ich badania potwierdzają, to co wie chyba każdy: ze woda z kranu jest strasznie demonizowana lub istnieje, jakby to nazwać elegancko: psychologiczna bariera przed kranem. Naprawdę nie miałam serca odezwać się i dodać do tej sterty, że u mnie na wsi starsze osoby są przekonane, że co jakiś czas Wisła zalewa jakiś cmentarz i w wodzie, niczym w Gangeszu, pływają prochy zmarłych (tyle, że nie prochy). Oczywiście jedynym sposobem na radzenie sobie z nimi jest rytualne przegotowanie wody.

Przepraszam, jeśli akurat jedliście, ale przysięgam, nie ja to wymyśliłam. Tak, rozumiem, że dawniej inaczej bywało, ale chciałabym we własnym domu się spokojnie kranówki czasem napić, nie chowając się po kątach ;-). W każdym razie, nie zamierzam Babci narażać na dodatkowy stres pijąc nieprzegotowany kubek wody z kranu, ale mówię Wam, że dalej będziemy z siostrą przemycać po korytarzu te szklanki z wodą zamiast herbaty!

Zawsze mam wrażenie, że na zdjęciach wychodzę jakbym urwała się z wiejskiej potańcówki;)

WARSZAWA BRITA WARSZTATY KULINARNE

<— ciekawostka dygresja —>

Dygresja numer 2: wiecie, że w starożytności ludzie żyjący na terenie tzw. Żyznego Półksiężyca  (t. w okolicy Eufratu, Tygrysu, Nilu) nie pili wody z rzeki, ale głównie lub wręcz jedynie, piwo? Piwo co cywilizacyjny wynalazek, tak samo ważny jak chleb. Siła fermentacji była tak wielka, że z potencjalnie zabójczej wody (łatwo sobie wyobrazić co w niej mogło pływać, zwłaszcza podczas częstych powodzi), można było przygotować zdatny do picia napój. Bez filtrów i chloru.

<— koniec ciekawostki dygresji –>

Dobrze, koniec gadania, rozsiądźcie się wygodnie, ponieważ przed Wami kilka warsztatowych kadrów.

Parzenie herbaty. 

Najpierw był pokaz parzenia herbaty, przeprowadzany przez pana Onio Lubickiego, właściciela herbaciarni „U Dziwisza” z Kazimierza Dolnego. Podobno słynnej i podobno dobrej. Nie wiem, nie byłam. Natomiast rzeczywiście p. Onio wiedzę o herbacie ma ogromną. Widać, że to prawdziwy pasjonat. To się czuje przez skórę.

Powiem Wam, że zawsze doceniam to, ile ludzie serca wkładają w przygotowanie herbacianego naparu idealnego, ale chyba jednak nie chciałabym tego robić na co dzień w domu – w sensie, wiecie, trudno docenić te niuanse. Pomimo, że herbata z pierwszego i trzeciego parzenia rzeczywiście smakuje inaczej. Może jestem leniwa? Chociaż, z drugiej strony, jeśli idzie o napary ziołowe, mogę się nagimnastykować:)

brita-7349

Przypomniała mi się jeszcze anegdotka ze studiów. Miałam kiedyś zajęcia z kultury Japonii i pani prowadząca opowiadała jak to prowadziła kiedyś ceremonię herbacianą dla studentów. Oczywiście na początku wszyscy byli zachwyceni: będzie ceremonia parzenia herbaty, ale super, można się napić najlepszej herbaty w życiu. Do czasu, aż okazało się, że ceremonia jest rzeczywiście ceremonią, gdzie liczy się każdy gest, trwa długo, wysiedzieć w jednej pozycji jest ciężko, zaś samą ceremonię ciężko komuś z zewnątrz zrozumieć, a herbatę też nie za bardzo się da docenić. Wykładowczyni stwierdziła, że jednak więcej nie powtórzy tego eksperymentu. Za dużo zajęć ucieka, zaś kto jest zdeterminowany może się wybrać do krakowskiej Mekki miłośników Japonii czyli do centrum Manggha.  Chyba tak jest z wieloma rzeczami, których subtelności trudno docenić człowiekowi „z zewnątrz” i traktuje się je głównie jako ciekawostkę.

A skoro jesteśmy przy herbacie, parzyliśmy herbatę Oolong. Obok stała jeszcze jedna herbata: pu-erh, która w całości wygląda tak oto i przyznaję, że pierwszy raz widziałam ją w takiej postaci:

brita-7339

Podobno ta konkretna herbata jest robiona tradycyjną metodą: liście herbaty przykrywa się skórami cielęcymi (lub końskimi, nie pamiętam dokładnie – jakiegoś przeżuwacza) aby przyspieszyć fermentację. To budzi zrozumiałe pytanie dla wegetarian: czy picie takiego herbacianego naparu jest odpowiednie z wegetariańskiego punktu widzenia?

Jedna z dziewczyn na sali, wyraźnie zszokowana, że herbata może nie być wege (mnie też to zdziwiło), zapytała o to, jak rozpoznać tę tradycyjną od tej mniej.

Prowadzący odpowiedział z rozbrajającą szczerością, właściwą wszystkim pasjonatom:

– Nie wiadomo. Albo się jest miłośnikiem herbaty, albo wegetarianinem..

To byłoby na tyle w kwestii wegetarianizmu:). A tak na poważnie, zgaduję, że herbata przykrywana skórami zwierząt nie jest jednak dostępna na każdej marketowej półce i to pewnie to jakiś delikates.

Była herbata, teraz czas na gotowanie!

Gotujemy cuda i cudeńka.

Jak widzicie praktycznie niczego nam nie zabrakło. Spiżarnia super zaopatrzona i powiem szczerze, że wciąż nie mogę uwierzyć, jak bardzo kulinarnie rozwinęła się Polska (no dobrze, ta Polska zainteresowana kulinariami) w ciągu ostatnich 5 lat:

brita-7377

Podzieliliśmy się na pary i każda para coś przygotowywała. Ja razem z  z Chillibite  (która jest sto razy porządniejsza ode mnie i u niej możecie przeczytać dokładną relację) robiłyśmy  owocowy wywar. Tak, wiem, niezbyt ambitne zajęcie, ale dzięki temu mogłam kręcić się z aparatem między ludźmi i fotografować to i owo. Tak, wiem, był fotograf, ale co sobie sam sfotografujesz, to Twoje!  W sumie woda, przyprawy i zioła mogą się gotować prawie same – strategia;)

brita-7368

Nie każdy był tak ekhm, leniwy i niektóre grupy robiły naprawdę fikuśne rzeczy. Ot, choćby taką piękną przystawkę. Szkoda jeść:

brita-7384

A tutaj warzywa korzeniowe, które były użyte do jeszcze innego dania. Mówię Wam, będę miała w tym roku czerwone marchewki, choćby nie wiem co!

brita-7367

Kwiaty, komu jadalne kwiaty? W sumie ich nie spróbowałam (albo spróbowałam i o tym nie wiem?), ale wyglądały obłędnie:

brita-7379

Nawet buraki były ładne. To znaczy, zazwyczaj są ładne, ale te były wyjątkowo urodziwe.

Mama dzisiaj dzwoniła, że właśnie takie kupiła do wysiania:)

brita-7376

A tutaj coś, co mnie absolutnie zafascynowało i wzbudziło też wiele pytań na Facebooku. Japońskie grzybki. Zapytałam i sprawdziłam. Grzybki nazywają się shimeji (Hypsizygus tessellatus) i niestety nie wiem, czy są jakoś spokrewnione z opieńkami. To znaczy na pewno są, w sumie wszystko jest gdzieś tam w drzewie życia spokrewnione ze sobą:

brita-7356

Występują też w białej odmianie. I jak tu nie zostawić tego naparu i nie biegać z aparatem? W każdym razie mam ochotę dołączyć te grzyby do mojej krainy czarów!

brita-7357

Przy stole wszyscy się uwijają (oprócz takich jak ja;)). Wiem, truskawki trochę od czapy o tej porze roku, ale nawet Grzesiek Łapanowski się tłumaczył, że do sesji zdjęciowej potrzebowali. Spróbowałam, dobre były jak na marcowe truskawki:

brita-7360

O gotowe cudeńka. Pozwólcie, że pominę nasz super napar;). Oto kilka rarytasów. Przystawki:

brita-7382

Obłędny dorsz, naprawdę super, będę organizatorów nukać o przepis:

brita-7387

Mięso:

brita-7388

Generalnie działo się naprawdę dużo i wszystko było zaplanowane bardzo sensownie: można było pomacać wielu przeróżnych składników, a nie – jakby ktoś mógł się spodziewać – tylko dzbanków filtrujących BRITA:)brita-7366

To już koniec dzisiejszej podróży.

Jednak, z podróży do Warszawy (tak wiem, wielka mi podróż – ale mówię Wam, wróciłam wyczerpana po dwóch dniach w Stolicy), przywiozłam dla Was dwie niespodzianki.

Po pierwsze: zajrzyjcie koniecznie w weekend, bo będzie bardzo fajny konkurs z BRITĄ. Do wygrania będzie przede wszystkim bateria trójdrożna czyli taki filtr podzlewowy z kranem, super wygodna rzecz i kilka dzbanków etc. To wszytko będzie do wygrania dla czytelników Ziołowego, że szanse są spore:)

Po drugie: tego jeszcze nie mogę powiedzieć, ale dzięki koleżance odwiedziłam przeciekawe miejsce, którego zupełnie nie planowałam odwiedzać, z którym będzie związany niedługi post urodowy:)

  • Abrakadabra

    Odnośnie ekhm pozostałości przodków w wodzie. W latach 80-tych mieszkałam koło zbiornika w Goczałkowicach Zdroju, który zaopatruje w wodę znaczną część Śląska. Podczas powstania zbiornika (dużo wcześniej) zalano tam całą wieś z kościołem i cmentarzem (koło Strumienia i Chybia). Z nieznanych mi przyczyn (dzieckiem 10-letnim byłam) właśnie w latach 80tych na powierzchnię zaczęły wypływać fragmenty trumien i szkieletów. Widziałam na własne oczy, bo mój ojciec był strażakiem i wyławiał resztki.
    A odnośnie zalewania cmentarzy, to do XVIII wieku na cmentarze wykorzystywano tereny nieprzydatne rolniczo, czyli głównie zalewowe. W Krk chowano zmarłych np. na Błoniach regularnie zalewanych przez Rudawę lub w dolinie zalewowej Sudołu (Bronowice Wielkie). Na przełomie XVIII i XIX wieku Austriacy zmienili przepisy sanitarne (ale to temat na długi wykład) i wyprowadzili cmentarze poza tereny zalewowe. Teraz sposoby pozyskiwania wody (w Krk m. in. ze źródeł jurajskich) i oczyszczania są naprawdę rygorystyczne. Ale „pamięć ludu” odnośnie wody ma naprawdę mocne podstawy.

  • Magda

    Nowa Huta jest super! Ja też tu mieszkam :)

    • Nie ma to jak obrzeża Krakowa:)

  • AB

    A ja zrobię dygresję do twojej dygresji o fotografowaniu. Pięknie fotografujesz jedzenie, czasami jednak kontemplując jakąś Twoją fotografię, poczuję nagły zgrzyt w zębach. Tak było gdy zobaczyłam w „Moim gotowaniu” potrawę na ślicznym talerzyku, niestety obitym czyli wyszczerbionym .. a wystarczyło przesunąć lekko talerzyk w bok aby tego kawałeczka nie było na fotografii.

  • Maciej Lewandowski

    Bardzo fajne warsztaty, takie luźne przemyślenia.Co prawda nie do końca ufam informacjom podawanym przez firmy sprzedające produkt X (tudzież tzw. artykułom po cichu sponsorowanym w kolorowych pismach), na szczęście temat jest taki, że można skorzystać ze źródeł np. akademickich i zweryfikować.
    Z tą „trupią wodą” którą próbowałaś oddemonizować – to nie do końca tak. Mimo, że ludzi chowa się dosyć głęboko, to podobnie jak w przypadku padliny różne mikrobiologiczne rzeczy są jednak wymywane do podłoża. O ile wiem, do dziś są aktualne przepisy zabraniające budowy ujęć wody a nawet domów w odległości mnie „mniejszej niż” od granic cmentarzy. Taki problem miał znajomy, któremu nie chcieli dać zezwolenia na budowę. Dopiero musiał się ostro wykłócić, że chce zbudować dom stojący identycznie jak pozostałe 30 pozostałych przy cmentarnym murze. Że przepis nie bardzo miał sens (jeśli chodzi o wodę…) bo tam są wodociągi i kanaliza to inna sprawa, ale gdyby miał studnie – to przy płytkich wodach gruntowych zagrożenie choć nikłe – jednak istnieje. Inna sprawa, że na wsiach gdzie jest „taka dobra woda” studnie są często naprawdę niedaleko od dziurawego szamba a wody podziemne zbierają nawozy z okolicy ale co tam…
    Uwaga do dygresji 2. Wodę z Nilu nie bardzo da się pić, ponieważ ma w sobie tyle mułu, że używany jej do produkcji papirusu – doskonale sklejała włókna. Piwo (nie do końca było to dzisiejsze piwo) pito przez wieki jako napój bezpieczny (także inne fermenty i podstawe wyżywienia w ogóle ale to oczywiście wszyscy wiedzą) wszędzie, całe Średniowiecze jest pełne piwa, szczególnie w czasach, gdy szalała dżuma. Dopiero później przynajmniej w nasze rejony zawędrowało wino. Piwo jakie znamy – z chmielem to dosyć późny holendersko-niemiecki wynalazek. W każdym razie – myślę, że egipskiego piwa jak i naszego europejskiego nikt by dziś tak dobrowolnie nie wypił a na pewno zdziwiłby się smakiem.
    I na koniec – rozwaliło mnie pytanie wegetariańskie. Zapewne wiele koleżanek się obrazi, ale uznaję wegetarianizm (czy raczej pewne jego formy) za chorobę psychiczną z gatunku manii prześladowczych czy czegoś w tym stylu. Rozumiem, jeżeli ktoś nie je mięsa bo nie lubi, bo mu nie smakuje. Rozumiem, że nie je, bo uważa za niezdrowe. Rozumiem, że nie je ze względów religijnych czy etycznych. To wszystko rozumiem. Natomiast jeżeli ktoś nie tknie herbaty bo była zawinięta w skórę, to to się, przepraszam, ale już nadaje do leczenia…

    • Um, oni tych badań sami nie przeprowadzali tylko przez niezależną jednostkę badawczą bodajże UW (nie pamiętam jaki wydział), firma je finansowała – bo oczywiste jest, że naukowcy za darmo nie będą pracować:). Wzięłam wizytówkę od pani Maji i powiedziała, że mogę do niej napisać o raport z badań. Właśnie odnosiła się do powodzi, bo w Krakowie badali po dwukrotnym zalaniu (podobno więcej czynników niż Sanepid) i spodziewali się przeróżnych cudów, a wyszedł w sumie podwyższony chlor tylko.Z ujęciami i cmentarzami zgoda, tyle, że chodzi prawdopodobnie o wody gruntowe (studnie i takie tam), to ta woda ma jakieś zupełnie inne proceudry. Natomiast w przypadku powodzi i wodociągów to Sanepid szaleje w te i wewte.

      ps. co do piwa, podobno było obrzydliwe, ale fermentacja robiła swoje i to całkiem niesamowite jak się o tym pomyśli, jak potrafi „wyczyścić” wodę. Są zapiski Herodota bodajże (musiałabym sprawdzić) gdzie narzeka, że w którymś z tych krajów na wschód od Egiptu wszyscy robotnicy chodzą pijani, bo za dużo im płacą w racji piwnej;)

      • Maciej Lewandowski

        Tak tak, mówię o gruntowych, paranoja polegała u znajomego na tym, że on nie miał swojej pompy czy studni (pomijam, że chodzi niemal o centrum miasta…) i że w innych ogródkach pompy bywały. Ale przepis to przepis. W końcu jednak jakoś wygrał z administracją. Jak będziesz pisała o raport dopytaj, jak wygląda w ogóle sprawa filtrowania wody w Polsce. W USA całkiem poważnym problem (no ale skala inna…) są hormony w wodzie (głównie z „wysiusianych” pigułek antykoncepcyjnych), których miejskie filtry w żaden sposób nie wyłapują. To są mikrostężenia ale skala i czas powoduje, że już zaczyna być odczuwalnych ich wpływ.
        Jestem ciekaw, czy ktoś robił takie badania w Polsce.
        A że jak powódź to sanepid szaleje – jasne, że tak, zwłaszcze, że np. nasze ujęcia wody są relatywnie blisko rzeko i jakby solidnie wylało to oj, masakra. Stawy filtrujące w zasadzie do zasypania.
        Piwo – tak, słyszałem, że jest obrzydliwe to wczesne, podobnie jak każdy krótko fermentujący napój w dawnych czasach :) Ale ostatnio na „Farmie w czasach Tudorów” oglądałem jak robiono hmm no w każdym razie jakiś ferment z takich trochę dzikich śliwek, coś w stylu naszej mirabelki. Krótko fermentowało, kwaskowate, sądząc po minach dało się pić bez obrzydzenia. Coś w stylu cydru tylko że kwaśniejsze.

  • Karolina

    Szybko poszło czytanie…czekam na więcej :))))

  • mo

    Te grzybki sa rzeczywiscie sprzedawane w kazdym japonskim supermarkecie czy warzywniaku pod nazwa shimeji. Cena takiego pudeleczka to ok 80-100 yenow ( ok 3 zl? ), czyli tyle, co 6 kromek taniego, bialego, tostowego chleba : ) Jest to hodowlana odmiana grzybow buna shimeji i ( z tego, co sie orientuje) spokrewniona z pieczarniakami/ pieczarkowcami.

    • Właśnie, buna shimeji to już brzmi dobrze i coś kojarzę. Buna to chyba „grzyb”, tak?
      A, przy okazji dowiedziałam się, że w Polsce jest podobno największa hodowla grzybow azjatyckich w Europie i eksportują także do Japonii:)

      • mo

        Buna to po japonsku buk, a grzyby buna shimeji rosna najczesciej na japonskich bukach, klonach itp.
        Przez tyle lat nigdy nie widzialam grzybow pochodzacych z Polski w Japonii! ! A zawsze sprawdzam miejsce pochodzenia. To sprawdzona informacja? W Holandii na kazdym targu widzialam stoisko z azjatyckimi grzybami, ale Polski bym nie podejrzewala o taka hodowle. ..

        • Dzięki!
          Powiedział mi to Pan od herbaty właśnie, podał nawet nazwę firmy (akurat zapamiętałam, bo od nich brałam baloty shitake): Mycomed.

          • mo

            Wlasnie zajrzalam na ich strone – maja nawet eringi i nameko!
            Ja dzisiaj sprawdzilam, skad sa grzyby w moim nowym ( po przeprowadzce )supermarkecie Seiyu – brazowe buna shimeji sa z prefektury Nagano, a biale buna pii z Niigata.

            Na tej stronie ( maja angielska wersje ) mozesz sprawdzic rozne info nt japonskich grzybow:
            http://www.hokto-kinoko.co.jp/en/products/index.php#buna

  • Po pierwsze: mi tam podobasz się na zdjęciu najbardziej,zwłaszcza że ci kolor żółty tu i tam się pojawia na tle szarzyzny towarzyszy:)
    po drugie: Uwielbiamy tonami herbaciarnię ” U Dziwisza” i ich mega kota który króluje tam na fotelach, warto wpaść,ba trzeba wpaść. Jak jest się w Kazimierzu.
    Po trzecie: Grzybki są super,marchewka super i buraki też. Zaczynam poważnie żałować że mam tylko balkon.
    Po czwarte: pozdrawiam…hah ale się rozpisałam:)
    p.s. A i jeszcze,cieszę się że Wawa ci się podoba wiosną:) Warszawska cytadela Cytadela wiosną jest mega:)

    • Ja bardzo lubię stolicę. Nie wiem, czy chciałabym tam mieszkać na stałe, ale pamiętam, że wiosną to wszędzie są tulipany, bardzo mi sięto podobało:)

  • Zaciekawiła mnie ta hebrata pu-erh, nie wiesz czy każda pu-erh w tej formie jest fermentowana w zwierzęcych skórach czy tylko ten konkretny gatunek? Bo pu-erh w formie tych bryłek jest wbrew pozorom całkiem łatwo dostępna, większość co lepszych herbaciarni ją ma, krakowska Czarka choćby, bardzo ją lubię (herbatę ;) ale Czarkę również ;)) :-) Pozdrawiam

    • Nie mam pojęcia niestety, mam tylko odpowiedź pana prowadzącego, że albo herbata albo wege i powiedział coś w stylu „nie wiadomo dokładnie”. On miał herbatę od jakiegoś znajomego chińczyka i wiedział, że po prostu ten tak robi.

  • Aśka Banaś na Urzędzie Skarbowym świat się kończy, każdy to wie:D

  • O, nie tylko ja mówię, że mieszkam na końcu świata :D A zdaje się jesteśmy sąsiadkami ;)

  • Witaj, to na pewno była herbata oolong? Wygląda na herbatę pu -erh.

    • AA, dobrze mówisz! Bo mnie zmyliło, że zaparzyliśmy oolong. Już zmieniam!

  • Małgorzata Diarra tak, wiem, c mi uciekło;)

  • Małgorzata Diarra tak, wiem, c mi uciekło;)

  • Tak, to zapewne krewniaczki opieniek (grzybami zajmuje się mycolog)

  • Tak, to zapewne krewniaczki opieniek (grzybami zajmuje się mycolog)

  • Ja jestem kiepskim mycologiem, ale z tego co mi powiedzieli i co sprawdziłam to są japońskie grzybki Shimeji ( Hypsizygus Tessellatus). Może to jakieś krewne opieniek:)

  • Ja jestem kiepskim mycologiem, ale z tego co mi powiedzieli i co sprawdziłam to są japońskie grzybki Shimeji ( Hypsizygus Tessellatus). Może to jakieś krewne opieniek:)

  • Bo to są opieńki, chociaż kompletnie im się pory roku pomyliły.

  • Bo to są opieńki, chociaż kompletnie im się pory roku pomyliły.

  • Opienkiiii:D

  • Opienkiiii:D

  • na opieńki mi wyglądają (???)

  • Maciej Lewandowski

    Na i chwała CI za fejsbukowanie, chociaż chwilę miałem okazje pogadać bez 48 godzinnego lub dłuższego laga :)

  • Maciej Lewandowski

    Na i chwała CI za fejsbukowanie, chociaż chwilę miałem okazje pogadać bez 48 godzinnego lub dłuższego laga :)